Bałkan okrutny
 

 

Bałkan okrutny, Bałkan zabawny ...

 

 

Kolejnego w moim życiu wyjazdu na Bałkany miało wcale nie być. Rok wcześniej postanowiłem tam już nie wracać, gdyż wydawało mi się, że wwąchałem się już we wszystkie możliwe zapachy tej części Europy, w jej kolory, smaki, krajobrazy. W 2007 roku miałem wrażenie, jakbym to wszystko co najmniej kilka razy już przeżył, jakbym szedł wciąż tą samą drogą tam i z powrotem, niczym listonosz odwiedzający regularnie te same domostwa. Ale patrząc na wciąż zmieniającą się mapę polityczną Europy nie mogłem nie zauważyć, że sporo zostało jeszcze do zobaczenia, mimo że podejrzewałem, że nie zobaczę tam niczego szczególnie zaskakującego. W dużej mierze nie myliłem się, choć muszę przyznać, że pewne smaki, barwy i zapachy Bałkanów dotarły do mnie teraz po raz pierwszy.

Mimo, że od wielu lat prowadzę zajęcia na temat Europy Środkowo-Wschodniej, nie potrafię i nie chcę chyba tak naprawdę potrafić odróżnić Europy Środkowej od Bałkanów. W powszechnym odczuciu ten pierwszy termin ma wydźwięk pozytywny, drugi – będący w opozycji – zdecydowanie pejoratywny. Europa Środkowa to nostalgiczna opowieść o wielokulturowym dziedzictwie, historii rzekomej jedności małych narodów, bogactwie cywilizacyjnym. Bałkany to podrzynanie gardeł, picie krwi, huk armat i pola bitew usłanych trupami, to skośne oczy i ludzie z ogonami. Taki uproszczony i beznadziejnie kiczowaty obraz zadowala gusta przeciętnych konsumentów amerykańskiej kinematografii, którzy mają na co dzień problem z odróżnieniem konia od koniaku.

Po kilku latach zastanawiania się nad odrębnością tych dwóch różnych subkontynentów europejskich dochodzę do wniosku, że niemożliwe i jednocześnie niepotrzebne jest ustalenie bezspornej granicy. Wolę raczej myśleć o jakże fascynującej granicy chleba pszenicznego i kukurydzianego, granicy palinki, horinki, wódki i rakiji, granicy piwa strawnego i jakichś okropnych zmulaczy-przytłumiaczy o smaku plastikowej butelki, w których są serwowane, granicy wołowiny, wieprzowiny, kurczaka i baraniny, granicy przesiadywania wieczorami przed domostwem i obserwowania życia we wsi i miasteczku oraz granicy zamykania się w domach w niemym półokręgu telewizyjnym, granicy płatnego i bezpłatnego autostopu, granicy myślenia prospektywnego i retrospektywnego, granicy kładzenia kabli i rur wszelkiego rodzaju pod ziemią lub nad ziemią, granicy muzyki, w której głównym instrumentem jest rozciągany we wszystkie strony kot i muzyki, w której dominują instrumenty dęte, strefy gęśli i strefy liry. Zamiast o geopolityce myślę o strefie „wódki i śledzia” oraz „wina i owoców”, strefie cebuli i strefie czosnku, granicy po przekroczeniu której w ubikacjach nie ma muszli klozetowych, a jedynie dziury w podłodze (gdzie zużyty papier toaletowy wrzuca się do kosza na śmieci). Po jednej stronie niewidzialnej granicy w miejscach publicznych są kosze na śmieci, w drugiej prawie w ogóle ich nie ma. Symptomem przekroczenia granicy Bałkanów jest obsesja pakowania wszystkiego, co tylko możliwe, do foliowych torebek oraz powszechny nikotynizm począwszy od kilkuletnich dzieciaków po zasuszonych starców.

Nasza podróż, którą w odróżnieniu od wcześniejszych wyjazdów bałkańskich, postanowiliśmy odbyć samochodami, rozpoczęła się od jednej z cieszyńskich stołówek, w której można zjeść niedrogi ciepły obiad pozbawiony smaku. Geniusz tych posiłków (a raczej kucharza) polega na tym, że żeby nie wiem, ile wsypać do niego rozmaitych przypraw, ostatecznie i tak smakuje tak samo. Obiad był ciepły, duży i pożywny. Z pełnymi żołądkami nie wiadomo czego wyruszyliśmy w podróż, która trwała blisko trzy tygodnie. Nie zamierzam relacjonować jej dzień po dniu, gdyż taka chronologia nie pozwala dojrzeć tego, co tak naprawdę było najważniejsze. Co zatem zwróciło moją uwagę jako skromnego obserwatora? Oto mój bałkański alfabet.

 


 

Praca na Bałkanach. Ludzie na Bałkanach pracują, podobnie jak pod każdą inną szerokością geograficzną (z małymi wyjątkami). Mam jednak nieodparte wrażenie, że w większości przypadków jest to praca: (a) nikomu niepotrzebna, (b) praca, której efekty są nieproporcjonalnie małe w stosunku do energii, którą się w nią wkłada, (c) praca wykonywana z braku innych pomysłów na życie, (d) praca stanowiąca pretekst do spotkania się ze znajomymi. Najbardziej popularne zawody na Bałkanach to: taksówkarze, pasterze, zbieracze i przetwarzacze zdziorba, fryzjerzy, sprzedawcy tandetnych pamiątek, pracownicy kafejek i restauracji, pracownicy biurowi (innej nazwy nie znajduję, zaraz wyjaśnię o co chodzi), bogacze i udający bogaczy, żebracy nie udający bogaczy, mundurowi itd. Kilka słów na temat kilku z ww. zawodów.

Taksówkarze w oszołamiających ilościach są wszędzie: na każdej ulicy, pod każdym urzędem, dworcem, placem, piaskownicą. Wszędzie. Najwięcej jest ich przy dworcu kolejowym w Bitoli (Macedonia) oraz w okolicach pomnika św. św. Cyryla i Metodego w Ohrid (prawdopodobnie są to ci sami taksówkarze). Żadnych taksówkarzy nie spotkałem w Otaviţy w zachodniej Rumunii. Bitola i Oraviţa wyznaczają niejako dwa bieguny rzeczywistości taksówkarskiej, Himalaje i Wielką Depresję taksówkarskiego świata Europy Środkowo-Wschodniej. Taksówkarze w tej części Europy zajmują się, i owszem, wożeniem ludzi, ale nie jest to ich jedyne, a śmiem twierdzić, że nawet wcale nie główne zajęcie. Taksówkarze są skarbnicą wiedzy o mieście, jego mieszkańcach, o kursach walut, o tanich i drogich dziwkach, o ludziach, z którymi trzeba rozmawiać, żeby coś załatwić. To prawdziwy punkt informacyjny na temat lokalnych stosunków etnicznych, rzeczywistych cen w restauracjach i hotelach, wreszcie o krajowych i międzynarodowych stosunkach politycznych i gospodarczych. Bałkańscy taksówkarze mają przebiegłe spojrzenie, skłonność do nieustających negocjacji nawet w sytuacji, gdy wiadomo, że ktoś nie zamierza z ich usług korzystać. Odnosi się wrażenie, że nie zależy im na pieniądzach tak bardzo, jak na zabawie w kotka i myszkę z różnego rodzaju zagranicznymi i krajowymi frajerami.

Pasterze stanowią zaprzeczenie taksówkarzy. Są statyczni, nie nagabują nikogo, żyją własnym życiem, niczym monady zawieszone w czasie i wcale nie czekające na odwieszenie. Bałkański pasterz rano prowadzi swoje stado na pastwisko, a wieczorem z niego wraca. Przez 10-12 godzin zastyga w swoim kożuchu i nakryciu głowy na łące i wydaje mi się, że ten czas wcale nie wlicza się do jego życia. On się hibernuje, organizm przestaje się zużywać, czas przestaje istnieć. Bałkański pasterz nieświadom doniosłości naukowej tego faktu przekracza czasoprzestrzeń i tylko głupcom wydawać się może, że on siedząc tak ze swoimi owcami nudzi się i bezproduktywnie traci czas (w którym mógłby zrobić przecież wiele pożytecznych rzeczy). Otóż nie. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że co najmniej 10 godzin pasterza z każdej doby doliczane jest mu do okresu życia, które normalnie mógłby przeżyć. Pasterze wyprowadzają swoje bydełko na pastwiska w linii prostej, co oznacza, że normalnym widokiem jest stado baranów, kóz, krów, byków itp. pędzące przez międzynarodową drogę przez kilkaset metrów w kierunku pastwiska. Stołeczni planiści po prostu nie uwzględnili wielowiekowych bydlęcych ciągów komunikacyjnych. W efekcie tych karygodnych zaniedbań asfalt na pewnych odcinkach usiany jest morzem owczego, koziego i krowiego łajna, które zwłaszcza przy zakrętach utrudnia panowanie nad pojazdem.

Zbieracze i przetwarzacze ździorba występują głównie w zachodniej Macedonii oraz w północnej Albanii w okolicach Szkodry. Gdzie indziej też występują, ale nie w takim nasyceniu na kilometr kwadratowy. Cały pas ziemi od Strugi do Tetova to jedna wielka przetwórnia ździorba. Początkowo myślałem, że chodzi o odzysk metali szlachetnych. Przy bliższym rozpoznaniu okazało się, że nic bardziej mylnego. Ci, których zaklasyfikowałem jako zbieraczy dziadostwa okazali się domorosłymi inżynierami. Ich umysły pełne były skomplikowanych modeli matematycznych, których abstrakcyjności nawet sobie nie uświadamiali. Fenomen tych warsztatów, obowiązkowo szeroko otwartych na ulicę, polega na tym, że stanowią one miejsce rzeczywistej reinkarnacji rzeczy martwych, rzekomo bezużytecznych już przedmiotów. Na Zachodzie rzecz się psuje i już po niej. Jej fragmenty są co najwyżej przetapiane i zużywane jako surowiec. Na Bałkanach coś co dzisiaj funkcjonuje w lodówce, za kilka lat znajdziemy w pralce, a następnie w pile do przecinania drewna i samochodzie domowej produkcji, których pełno na bałkańskich drogach. Bałkański rzemieślnik nadaje rzeczom nieśmiertelność. Jego warsztat pomieści kilka tysięcy części, które metodą prób i błędów łączone są w jedną całość, by znów po jakimś czasie ulec dekonstrukcji.

Bałkańscy fryzjerzy. Ta kategoria zawodowa nie zaniknęłaby na Bałkanach nawet wówczas, gdyby wszyscy mieszkańcy tego regionu wyłysieli i stracili brody. Na Bałkanach chodzi się do fryzjera bo jest po drodze. Ścinanie owłosienia jest tutaj niejako czynnością towarzyszącą. Jeśli włosów jest zbyt mało, klienci zadowalają się czesaniem i gładzeniem po głowie. Bardziej chodzi o zabicie czasu, rozmowę, posiedzenie w wygodnym fotelu, dotyk brzytwy na twarzy. Bałkański fryzjer to domorosły psychoterapeuta. Poza tym z jego „gabinetu” świat wygląda jakby inaczej, bardziej wyraźnie, zwłaszcza w momencie, gdy ma się brzytwę w okolicach krtani.

Sprzedawcy tandetnych pamiątek są najzwyklejszymi pod słońcem cwaniakami i oszustami. Żerują na przelotnej fascynacji miejscem, jego klimatem, odmiennością. Gotowi sprzedać każde złudzenie za kilka euro (kalkulatory mają w głowach, nie w rękach). Najbardziej tandetne pamiątki widziałem w Sarajewie i Međugorje. W Sarajewie można było na jednym stoisku kupić koszulkę z napisem „Nienawidzę Bośni i Hercegowiny” (w domyśle: jestem za Wielką Serbią lub Wielką Chorwacją) oraz koszulkę z napisem „Kocham Bośnię i Hercegowinę”. Poza tym za kilka euro dostępna jest stylizowana na dziecinną grę planszową mapa-przewodnik po miejscach, w których serbscy snajperzy upolowali najwięcej cywili. W Međugorje można było kupić wodę święconą we flakonikach w kształcie Matki Boskiej z odkręcaną głową, świecące i grające krzyże, otwieracze do butelek z Matką Boską, a nawet 45% wódkę orzechową, po wypiciu której przestaje się pić (robiona chyba na miejscowym denaturacie). Sprzedawcy tandetnych pamiątek są elastyczni. Potrafią zejść z ceny nawet o połowę. Udają niezadowolonych, żeby klient nie czuł się ani przez chwilę zwykłym frajerem (którym i tak jest).

Pracowników biurowych najwięcej było bodaj w Gostivarze (Macedonia). Wspominając jednak o biurach należy poczynić pewne restrykcje odnoszące się do stereotypowych wyobrażeń na temat tych miejsc. Gostivarskie biura są inne niż na przykład garwolińskie. Znajdują się na parterze, a ich drzwi są stale otwarte. Wewnątrz znajdują się dwa, trzy biurka, jakieś porozwalane, leżące w nieładzie od dziesiątek lat papiery, pełno dymu papierosowego mieszającego się z zapachem mocnej kawy. Czasem za biurkiem ktoś siedzi, ale nie wykonuje żadnych czynności, tak jakby pilnował statyki rzeczy raz rozłożonych i nie mogących zmienić swojego położenia. Tak jakby turecki możnowładca na początku XX wieku pod karą ścięcia nakazał pilnowania dokumentów pod karą ścięcia. Mogę się jedynie domyślać, że w owych biurach nie wykonuje się żadnych standardowych czynności biurowych. Ot po prostu, siedzenie za biurkiem wystarczająco nobilituje i wprawia w dobry humor. Nie trzeba już nic robić, zwłaszcza, że zapewne nie ma tam żadnego zapotrzebowania na usługi biurowe. Leżące na biurku papieru dodają prestiżu osobie, która pilnuje by się tam właśnie znajdowały. Na biurkach znajdują się czasem telefony stacjonarne lub ich atrapy, bo i tak wszyscy dzwonią przez telefony komórkowe.

Bałkański kalejdoskop etnicznej nienawiści. Wszyscy na Bałkanach zostali już dawno przyporządkowani do jakiegoś zbioru etnicznego i większości jest z tym, jak myślę, całkiem dobrze. Wszyscy zdają sobie sprawę z faktu, że nie są (niestety) jedynym narodem na Bałkanach, jak również z tego, że istnienie swojego narodu jest permanentnie zagrożone ze strony innych narodów. Narody dzielą się na dobre (czyli swoje), złe (zwłaszcza sąsiednie), braterskie (ci, którzy powinni w razie czego pomóc, ale w praktyce uciekają gdzie pieprz rośnie na widok pierwszej kropli krwi) oraz obojętne (zazwyczaj bliżej nieznane, o których wiadomo jedynie tyle, że mają jakieś drużyny piłkarskie). Wszystkie narody żyją w przekonaniu, że najbardziej dostały w skórę od historii, najbardziej cierpiały, ponosiły najwięcej ofiar, a teraz przyszedł wreszcie czas, żeby odpłacić swoim gnębicielom pięknym za nadobne. Nasz macedoński gospodarz, u którego gościliśmy na kwaterze rok temu oraz obecnie, tuż po załatwieniu spraw meldunkowych, poczuł się w obowiązku oprowadzić mnie po swoim mieście (Ohrid). Mniej go jednak interesowały jego zabytki (mnie zresztą również), zdecydowanie ważniejsze były dna niego podziały etniczno-religijne. I tak dowiedziałem się które sklepy, stragany, restauracje, smażalnie ryb i ubikacje są macedońsko-chrześcijańskie, a które muzułmańsko-albańskie. Niestety nie bardzo wiadomo było, czy ryba, którą jedliśmy dzień później z grilla była macedońska czy albańska. Deszyfratorzy narodowych tożsamości jeszcze nie osiągnęli tego stopnia wtajemniczenia, a raczej szaleństwa. Rybom pozwolono póki co na narodową neutralność. Do czasu.

Węgrzy nie lubią chyba wszystkich dookoła, może z wyjątkiem Niemców, których albo trochę lubią, albo jedynie tolerują. Uważają oni inne narody, zwłaszcza słowiańskie (z wyjątkiem Polaków) za rasowo gorsze, niepełnowartościowe. One zaś odwdzięczają się Węgrom dokładnie w ten sam sposób. Węgrzy nie przestają się zastanawiać, dlaczego są tak mocno izolowani, skoro izolują się od świata dobrowolnie. Węgrzy chcą odzyskania utraconej chwały Wielkich Węgier, najlepiej w drodze zniknięcia z Europy Środkowej Słowian, Rumunów oraz Cyganów (z wyjątkiem tych, których potrzebują do swojego weselnego folkloru) jednego dnia, bez konieczności angażowania swoich sił zbrojnych, które zdecydowanie lepiej zaprezentowałyby się na paradzie wojennej niż na polu bitwy. Prawdziwy Węgier jest smutny, ponury lub zły. Ma kapelusz oraz mocno podkręcony czarny wąs (nie dotyczy kobiet, które akurat na Węgrzech nie wyróżniają się niczym szczególnym). Prawdziwy Węgier spogląda w dal przez pusztę i stara się z Budapesztu, Peczu, Debreczyna, Miszkolca czy innego większego miasta dostrzec kościelne wieże Kolozsvaru (Cluj), Brassó (Braszowa), Nagyszeben (Sibiu) czy Ujvidek (Novy Sad). Prawdziwy Węgier z żalu po utraconej wielkości swojego państwa pije od 6 rano palinkę w jednym z dziesiątek tysięcy tanich prawie całodobowych mordowni noszących nazwę Mini Söröző. Setka palinki kosztuje w nich ok. 2 PLN, ale konia z rzędem temu, kto zobaczy pijaka leżącego na ławce lub obok niej. Węgierski pijak pijąc jakby zapada się w sobie, dochodzi to takiej gołym okiem niewidzialnej implozji jego „ja”, swego rodzaju hibernacji, snu z otwartymi oczami, w czasie którego wielkowęgierska wątroba walczy z alkoholem. Wszyscy Węgrzy są w stanie historycznej hibernacji.

Chorwaci są dumni ze swojej historii i szybkiego awansu w gronie świeżo upaństwowionych narodów. Nienawidzą Serbów i wszystkiego co serbskie. Kreują się na największych męczenników Bałkanów, ofiary serbskiej agresji. W odróżnieniu od bizantyjsko-bałkańskich Serbów i innych wschodnich narodów uważają się za forpocztę zachodniej, łacińskiej cywilizacji. Wszystko, co się da, ubierają w swoją biało-czerwoną szachownicę. Bośnię uważają za sztuczny twór, który należy jak najprędzej zlikwidować, częściowo przyłączając do Wielkiej Chorwacji. W bośniackich miastach, gdzie dominują Chorwaci, nie uraczy się bośniackiej flagi. Pełno jest natomiast państwowych flag chorwackich. Chorwaci, jeśli uda im się wybudować jakiś most, drogę czy inne urządzenie od razu nadają mu imię zmarłego prezydenta, ojca narodu, Franjo Tuđmana lub Ante Starčevicia. Chorwaci są zadeklarowanymi katolikami. Stereotyp Chorwat-katolik jest chyba jeszcze mocniejszy niż Polak-katolik. W miejscowości Đakovo w Slawonii mieliśmy okazję uczestniczyć w części mszy św. Olbrzymia świątynia w ok. 50-tys. mieście wypełniona była po brzegi. Połowa ludzi aktywnie uczestniczyła w liturgii, druga połowa była tam najwyraźniej z obywatelskiego obowiązku, z obawy przed stygmatyzacją. Nikt z Chorwatów w Đakovie nie chciałby bowiem zostać uznanym za ateistę lub kryptoprawosławnego (znaczy Serba). To oznaczałoby wykluczenie ze świętej wspólnoty narodowej, wygnanie z chorwackiego raju. Po mszy fala wiernych wylała się na ulicę Jana Pawła II (Jovan Pavle II), na przesiadujących tam w licznych ogródkach piwnych, lodowych i kawowych.

Bośniacy, znaczy Muzułmanie, uważają się za najbardziej prawowitego gospodarza Bośni i Hercegowiny, kraju, w którym wciąż brużdżą Serbowie i Chorwaci. Nie da się przejechać przez Bośnię i nie zobaczyć setek białych jak śnieg minaretów, wyznaczających tożsamość etniczno-religijną tego terytorium. Wszystkie one są praktycznie takie same, a wśród uczestników wycieczki pojawiły się przypuszczenie, że nie są budowane, lecz wyrastają z ziemi ze specjalnych cebulek przywiezionych z Mekki, podlanych krwią baranią o zmierzchu. Mówiąc serio, Bośniacy wydają się mieć obojętny stosunek do okolicznych narodów, które na ogół ich nienawidzą. Bośniacy to typowy naród zawieszony między przysłowiowym młotem a kowadłem. Są muzułmanami, ale Słowianami (więc nietypowymi i z racji swej nietypowości skazanymi na ostracyzm w świecie islamu). Są Słowianami, ale wyznającymi islam, a przecież wszyscy Słowianie muszą być z definicji chrześcijanami (chrystoslawizm). Bośniacy czekają na lepsze czasy, wierząc, że pazerni Chorwaci do spółki z Serbami nie zabiorą im tego kawałka bałkańskiej ziemi, na której mieszkają od pokoleń. Bośniacy pokazują Europie twarz narodu-męczennika (jak Chorwacji), używając w tym celu jakże sugestywnego obrazu Srebrenicy. „Don’t forget Srebrenica”, wołają do nas napisy na murach w bośniackich miastach.

Czarnogórcy to raczej specyficzny rodzaj Serbów, aniżeli odrębny naród. To Serbowie używający euro jako własnej waluty, robiący intratne interesy na turystyce nadmorskiej. To dawni biedni pasterze wyrzynający się nawzajem w plemiennych porachunkach, którzy w XX wieku zrozumieli, że można żyć inaczej, zarzynając portfele zagranicznych turystów. Być może niedługo Czarnogóra stanie się takim słowiańsko-bałkańskim Monako, a tożsamość jej mieszkańców będzie definiowana przez krupierów oraz okolicznych bandytów ze złotymi łańcuchami na szyi.

Albańczycy to dziwny naród spod znaku dwugłowego czarnego orła. Gdzie to tylko możliwe wywieszają swoją czerwonokrwistą flagę z czarnym orłem. Nawet poza własnym państwem, jak choćby w Tetowie, które trudno uznać za miasto macedońskie (słowiańskie) po kilkugodzinnej wizycie. Albańczycy, podobnie jak Węgrzy, mają na Bałkanach wyłącznie wrogów. Są nimi: Serbowie, Grecy, Macedończycy, w ogóle wszyscy Słowianie, którzy przecież odebrali im, potomkom dumnych Ilirów, ładny kawał ziemi. Albańczycy marzą o Wielkiej Albanii i nie wstydzą się tego. Chcą żeby Słowianie poszli sobie tak, skąd przyszli, czyli do Rosji. A wtedy z Grekami już sobie jakoś poradzą. Prawie każda miejscowość albańska, zarówno w Albanii, jak i poza jej granicami, gdzie Albańczycy stanowią znaczącą część ludności, obowiązkowo musi posiadać pomnik Skanderbega, postaci na poły rzeczywistej, na poły mitycznej. Skanderbeg, którego większość pomników nie różni się niczym od siebie, jest największą świętością Albańczyków. Ten niepokononany przez Turków okrutny bojownik, albański Konrad Wallenrod, który z największego pupila sułtana, stał się jego najzagorzalszym wrogiem, swym pomnikowym spojrzeniem wyznacza rzeczywiste, nie administracyjno-polityczne granice Wielkiej Albanii. Można postawić tezę, że Wielka Albania jest wszędzie tam, gdzie stoją pomniki tego albańskiego wodza. Albania to ojczyzna Albańczyków wyznających trzy religie: islam (70%), prawosławie (20%) i katolicyzm (10%). Matka Teresa była z pochodzenia Albanką i doczekała się w swojej ojczyźnie wielu pomników. Jest to najbardziej znana w świecie Albanka, choć mało kto zna jej pochodzenie etniczne. Urodzona w Skopje jeszcze pod znakiem osmańskiego półksiężyca Agnes Gonxha Bojaxhiu w 1910 roku żyła z dala od swojego kraju, którego władze w 1976 roku wprowadziły urzędowy ateizm i zdelegalizowały wszystkie wspólnoty religijne. Zestawienie tych dwóch, chrześcijańskich przecież bohaterów narodowych: Skanderbega i Matki Teresy z Kalkuty wywołuje jakąś dziwną irytację, bo przecież obydwie postaci łączy chyba jedynie fakt, że miały w swoich żyłach albańską krew. Wojowniczość Skanderbega i łagodność Matki Teresy wyznaczają jakby dwa przeciwległe bieguny albańskiej samoświadomości narodowej.

Macedończycy do mały, cichy i skromny naród. Swoje kompleksy leczą odwoływaniem się do starożytnej Macedonii i chwały Aleksandra Macedońskiego, który podobno był przecież Aromunem. Z najnowszej historii wiele ciepłych opinii usłyszeć można od Macedończyków o generale Tito, który przecież ustanowił Macedonię jako odrębną republikę. Macedończycy nienawidzą Albańczyków, bo ci chcą odebrać im połowę kraju, panoszą się w nim i budują wciąż nowe „rakiety” (minarety). Albańczyków jest coraz więcej a Macedończyków coraz mniej i nie bardzo wiadomo, co zrobić, żeby chrześcijańskie dziewczyny chciały mieć pierwsze dziecko w wieku 16 lat, a zakończyć „międzynarodowy wyścig porodowy” na 12-13 dziecku w wieku ok. 40 lat. Macedończycy nie przepadają też za Grekami. Ale nie dlatego, że Grecy panoszą się w ich kraju, ale dlatego że ci złośliwcy głoszą wszem i wobec, że Macedończyków po prostu nie ma, tak samo, jak nie ma ich ukochanej ojczyzny  o nazwie Macedonia. A że Greków świat słucha uważniej od tych, których rzekomo nie ma, to problem wydaje się poważny. Macedończycy nie zamierzają Grekom ustępować (i słusznie), a Grecy będą się wciąż wyzłośliwiać, dopóki Macedończycy nie nazwą swojego państwa np. Republika Wardarska czy Republika Blebleble. Macedończycy marzą jednak po cichu o Wielkiej Macedonii obejmującej także ziemie historycznej Macedonii leżące w Grecji, Serbii, Bułgarii i Albanii. Tym samym wkurzają Bułgarów, którzy są zdania, że Macedończycy do Bułgarzy, którym poprzewracało się w głowach od mieszkania w Jugosławii. Dla Bułgarów Macedończycy są głupiutkim młodszym braciszkiem, który musi się wyszaleć, ale ostatecznie musi zostać przywołany do porządku.

Kosowarzy (albańscy mieszkańcy Kosowa). Do Kosowa nas nie wpuścili, gdyż opłata 50 euro za 15 dni wydała nam się zbyt wysoka. Jeśli część z nas miała odrobinę sympatii do tego młodziutkiego państwa, po odwrocie z granicy kosowsko-macedońskiej, straciła ją. O mieszkańcach Kosowa nic zatem nie mogę powiedzieć na podstawie własnych obserwacji.

Bułgarzy to stary naród, trochę turecki, trochę słowiański. Lata swojej świetności ma zdecydowanie za sobą i jest na Bałkanach niczym emeryt, który zasłużenie odpoczywa na wakacjach we własnym kraju. Bułgarzy są czyści, schludni. W Bułgarii pełno jest pięknych kobiet i brzydkich mężczyzn. Bułgarskie bezpańskie psy są bardziej zadbane od rumuńskich czy bośniackich. Bułgarzy nienawidzą Turków nienawiścią tak gorącą, jaką darzy się tylko byłych współplemieńców, od których chce się zdecydowanie odciąć. Bułgarzy kochają Słowian, którymi chcieliby bardzo być w 100%, a są jedynie w ok. 50%. Uwielbiają powtarzać przy byle okazji „My, Słowianie”, dając tym samym fenomenalny wyraz swoim kompleksom. Bułgarzy nie lubią tych Macedończyków, którzy nie chcą zrozumieć, że przecież ich krew jest bułgarska, język w zasadzie też. Bułgarzy nienawidzą Greków za świństwa, których się dopuszczali za zgodą Turków w czasie osmańskiej okupacji. Bułgarzy nie lubią także Rumunów, bo to przecież nie Słowianie i swego czasu ukradli im południową Dobrudżę. Do Serbów Bułgarzy mają stosunek ambiwalentny.

Serbowie to naród, którego nikt na Bałkanach tak naprawdę nie lubi. No może trochę prawosławnych Bułgarów, Rumunów czy Greków. Cała reszta traktuje ich jak zadżumionych. Sami Serbowie też nikogo nie lubią, może poza Rosjanami, którzy są daleko i dzięki temu można podtrzymywać w serbskich umysłach iluzję prawosławnego wielkosłowiańskiego braterstwa serbsko-rosyjskiego. Serbowie wierzą w Rosję jak w drugą Matkę Boską, ale ta wiara powoli wydaje się wyczerpywać. Serbowie dość mają już paskudnej roli „czarnego luda” Bałkanów. Mają, i owszem żal do wszystkich dookoła, do całej Europy za naloty z 1999, za uznanie Kosowa, za jednostronny obraz wojen jugosłowiańskich, za dręczenie ich ludzi w trybunałach międzynarodowych. Z drugiej jednak strony, chcą być pełnoprawnymi Europejczykami, zwłaszcza, że Bułgarzy i Rumunii już są po drugiej stronie cywilizacyjnej barykady. Jeśli miałbym władzę kierowania całych narodów do domu wariatów na przymusowe leczenie, wysłałbym tam (dla ich dobra) Serbów wraz z Węgrami, a jeśli byłoby jeszcze trochę miejsca, umieściłbym w nim także Polaków. Dlaczego Polaków? To już moja słodka tajemnica. Proszę się domyślać i pisać odpowiedzi.

Rumuni to naród spokojny, łacińska wyspa w morzu prawosławia, naród zakochany w legendzie o swoim dako-romańskim pochodzeniu. W większych i mniejszych miastach rumuńskich ujrzeć można pomniki wilczycy karmiącej Romusa i Romulusa – czystej krwi Rumunów, założycieli Imperium Rzymskiego, a następnie Rumunii jako północno-wschodniej flanki olbrzymiego cesarstwa. Język włoski jest bardzo podobny do rumuńskiego, gdyż właśnie z niego się wywodzi (a jakże!). W ogóle cały cywilizowany świat ma swoją stolicę w Rumunii, która co prawda jest obecnie cywilizacyjnie nieco zapuszczona, ale to wina Turków. Rumuni bardziej od Turków nienawidzą jednak Węgrów, bo to oni przez wieki uciskali ich boleśniej i parodiując teorię dako-romańską rozpowiadali po całym świecie, że Rumuni są potomkami wołoskiej prostytutki i pijanego legionisty rzymskiego. Rumuni, jako największy naród bałkański mają największą armię i nikogo się nie boją. Potrafią szybko zwiewać z góry, skąd – podobnie jak Serbowie i Albańczycy – nękać wroga. Rumunia jest krajem bardzo podzielonym cywilizacyjnie (wzdłuż łuku karpackiego). Gdyby nie mocne szwy rumuńskiej kolei żelaznej, zamiłowanie do palinki (horinki) i kukurydzianego chleba, Rumunia już dawno rozpadłaby się na co najmniej dwie części.

Kosze na śmieci. Na Bałkanach rzadko można spotkać kosze na śmieci, więc śmieci są dosłownie wszędzie. Koszy na śmieci nie ma albo dlatego, że trzeba byłoby je regularnie wypróżniać, albo dlatego, że trzeba by się było do nich pofatygować, żeby wyrzucić śmieć, podczas, gdy można to zrobić dosłownie wszędzie i nikt nie wlepia za to mandatów.

Bosna klanac. Niedaleko Travnika na mojej mapie Bałkanów wydanej przez Marco Polo, widnieje zaznaczona na zielono jako atrakcja turystyczna Bosna klanac. Na podstawie mapy nie można jednak ustalić co to takiego: miasto, zjawisko przyrodnicze czy jakiś pomnik bądź twierdza. Ponieważ jadąc zgodnie z wytyczoną na mapie trasą nie zobaczyliśmy nic szczególnego, postanowiłem zapytać autochtonów o to, co to za dziwo. Byłem przekonany, że wypowiedziawszy hasło Bosna klanac, zostanę – jak to na Bałkanach – zasypany potokiem słów, gestów i pokazywaniem rękoma właściwej ścieżki. Nic podobnego. Kilka osób na stacji paliwowej w okolicach rzekomego Bosna klanac miało oczy kwadratowe ze zdziwienia. Nic nie wiedzieli na temat atrakcji turystycznej obok której żyli od lat. Było im jednak z tego powodu trochę głupio, więc zaczęli rozglądać się wokół siebie, jakby nagle mieli dojrzeć to, czego przez 50 lat nie zobaczyli. Czekali na Bosnę klanac jak na Objawienie, a ono nie następowało, więc jedyne co im pozostało, to krytyka mapy, wydanej gdzieś na Zachodzie.

Starzy ludzie na Bałkanach. Starzy ludzie występują wszędzie, ale chodzi raczej o proporcje i o to, jaką płeć na owa starość. Najwięcej starych ludzi widziałem w Rumunii, najmniej w Albanii. Starzy ludzie w Rumunii są nieusuwalnym elementem krajobrazu zwłaszcza małych miasteczek Banatu, Siedmiogrodu, Kriszany i Maramureszu. Mężczyźni i kobiety występują mniej więcej w tych samych proporcjach. Są wyraźnie zmęczeni życiem, ale na ogół pogodni, wyczekujący swojej śmierci niczym cierpiący na bezsenność poranka. Starcy w Albanii to na ogół mężczyźni, przesiadujący w kilku lub nawet kilkunastoosobowych grupach w cieniu meczetu, przy trawnikach, parkach, pomnikach. Palący papierosy, pijący herbatę z malutkich filiżanek, bacznie obserwujący okolicę. Albańscy starcy także są pogodni, ale ich rysy twarzy wskazują na coś jeszcze. Są wojownicze, twarde, nieustępliwe. Ich pogodne twarze w każdej chwili mogą stać się posępne, jak twarz ich narodowego bożyszcza Skanderbega. Starcy na Bałkanach, z wyjątkiem typowo muzułmańskich wsi i miasteczek, wieczorami wylegają przed swoje domostwa, przesiadują na ławeczkach i obserwują ruch na drodze prowadzącej przez ich miejscowość. Wiedzą wszystko o wszystkich.

Pułkownik Jeż. Jeden z uczestników naszej wycieczki był na Bałkanach po raz pierwszy, ale nie było tego po nim widać. Pułkownik Jeż vel Rafko Golubović vel Rafko Golubescu, vel Raffai Golomb vel Rafał Gołębiowski zasłynął jako niestrudzony tropiciel węży i jaszczurek. Dzięki jego pracy wszyscy mogli spokojnie i bezpiecznie zasypiać pod gołym bałkańskim niebem. I choć miał już w kieszeni intratny angaż do cyrku w miejscowości Debar w zachodniej Macedonii, wolał jechać z nami (w Debarze na oczach setek ludzi Pułkownik Jeż włożył głowę do worka z trzema wyjątkowo jadowitymi wężami i jedną jaszczurką, wskutek czego trzy węże zostały pozbawione głów, a jaszczurka w popłochu uciekła z miejsca zdarzenia na pobliskie targowisko). Rafko Golubović był bodaj jedynym uczestnikiem wycieczki, z którego ust nie dało się usłyszeć ani jednego narzekania. Okazał się twardy od początku do końca i niewykluczone, że na następnym wyjeździe, o ile do niego dojdzie, otrzyma pseudonim Generał Jeż.

Bitwa pod Sapareva Banja. W dniu 11 września późnym wieczorem na polu pod Sapareva Banja (zachodnia Bułgaria) rozegrała się okrutna i pełna ironii bitwa. Zapewne nie doszłoby do niej, gdyby nie butelka rakiji za 8,95 lewa, na której widniało staromodne zdjęcie przedstawiające pięciu mężczyzn w różnym wieku, wszystkich w kapeluszach. Sprawiła ona, że około godz. 22:00 część osób z naszej 13-osobowej grupy zaczęła się jawić nam, polskiej szlachcie, jako Turcy. Nasze podejrzenia uwiarygadniał fakt, że w odróżnieniu od nas mieszkały one pod dopiero co rozstawionymi namiotami w szczerym polu. Pierwszy atak przypuściliśmy konno, tzn. udając posiadanie koni, na największy z namiotów, myśląc, że stanowi on rezydencję głównego wodza i jego janczarów. Niestety znaleźliśmy w nim jedynie zniedołężniałego starca i pijaną kobietę. Zniesmaczeni oszczędziliśmy ich życie zadowalając się powaleniem namiotu, zaborem niedopitego alkoholu i kilkoma przekleństwami. Następnie przypuściliśmy atak na drugi, mniejszy namiot. Walka była zacięta, a Turek zmuszony został do emigracji (spał następnie w samochodzie). W tym samym czasie gnębiono osoby śpiące na dmuchanych chińskich materacach, zmuszając je do przerwania snu i oddania resztek alkoholu, którym opłacono pospolite ruszenie. Następnego dnia dwie osoby nie pamiętały niczego z poprzedniej nocy, co stanowiło doskonałą antyrekomendację do wystawiania ich na nocną wartę. Bitwa pod Sapareva Banja trwała ok. 1,5 godziny.

Jugosławia. To państwo co prawda od kilkunastu lat nie istnieje, ale wciąż można do niego wjechać przekraczając granicę w Bregowie. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów od Widynia w kierunku północno-zachodnim dojeżdża się do niewielkiej miejscowości, w której przekroczywszy rzekę można przenieść się w czasie do ok. 1990 roku. Na przejściu granicznym (bułgarsko-serbskim) widnieją dwa wielkie emblematy z napisem Jugoslavija. Pracuje tam bardzo miły celnik, który prosił nas, żebyśmy o Serbach myśleli dobrze, nie jak polscy politycy, którzy Serbów nie lubią i na złość im uznali Kosowo. Był to bodaj pierwszy Serb w moim życiu, który okazał się sympatyczny.

Bałkańskie miasta. Nie sposób podać jakiejś wspólnej charakterystyki miast bałkańskich. Owszem prawie wszystkie są gwarne, pełne dymu nikotynowego, słoneczne, kolorowe. Ale to niewiele mówi nam o ich tożsamości. Gdybym miał wymienić trzy miasta, które zasadniczo różnią się od siebie, to przywołałbym Vukovar i Dubrownik jako leżące na antypodach i Sarajewo jako miasto położone w równej odległości od obydwu wyżej wymienionych. Vukovar to miasto-śmierć. Pełno w nim zastygłego w czasie cierpienia, ciężkiego powietrza, rozstrzelanych domostw, pamiątek po niedawnej wojnie. Niegdyś wielonarodowy Vukovar stał się miastem-cmentarzem, miastem-bohaterem, jak mawiają Chorwaci. Teraz należy wyłącznie do Chorwatów, którzy używają go jako symbolu oporu przeciwko serbskiej agresji. To właśnie Serbów oślepiać ma śnieżnobiały łaciński krzyż ustawiony w stronę przeciwległego brzegu Dunaju z napisem „Wiecznie żyć będzie kto zginął z honorem”. Dubrownik to miasto-zabawka. To mekka turystów spragnionych ciepłego morza i ładnych widoków. Tutaj nie rozmawia się o wojnie, cierpieniu i śmierci. Śródziemnomorski Dubrownik jest symbolem chorwackiej prosperity, w odróżnieniu od slawońskiego Vukovaru, symbolu męczeństwa. Chorwacka polityka zagraniczna świetnie operuje obydwiema ikonami, lansując swój kraj jako raj turystyczny lub jako forpocztę zachodniej cywilizacji i jej męczennika. Pomiędzy tymi miastami, znajduje się Sarajevo, będące koszmarnym połączeniem obydwu symboli. Sarajewo jest bowiem jednocześnie miastem-śmiercią i miastem-rozrywką. Jeszcze kilkanaście lat temu zadawanie śmierci zwykłym przechodniom było rozrywką serbskich snajperów, teraz rozrywką stało się sprzedawanie obrazów śmierci, banalizacja hekatomby, jaką przeżyło to miasto i jego mieszkańcy. Z wielkiego nieszczęścia uczyniono niewyczerpane źródło korzyści finansowych. I jedno, i drugie jest czymś obrzydliwym. Dlatego nie lubię Sarajewa, źle czuję się w „odpicowanym” i drogim Dubrowniku. Vukovar z kolei nie jest miejscem, które można polubić, ale miejscem, obok którego nie da się przejść obojętnie.

Bunkry. Poza Albanią nie widzieliśmy żadnych bunkrów czy innych umocnień wojskowych. Wygląda na to, że generalna zasada na Bałkanach jest taka, że jak kogoś najdzie ochota, to napada na innych, nawet jeśli jeszcze przed chwilą pił z nimi, palił i grał w karty, a nawet dowcipkował. Walka toczy się na otwartym polu, a najlepszymi umocnieniami wojskowymi są miasta (vide: Vukovar, Osijek, Sarajewo, Srebrenica) i góry. Nie ma zatem potrzeby budowania jakichś dodatkowych umocnień. Albania za czasów Envera Hoxhy myślała innymi kategoriami. Przyjąwszy strategię samoizolacji, nadania sobie statusu pępka świata, wielki wódz albański, marząc zapewne o wejściu w skórę Skanderbega, zarządził wybudowanie bunkrów w takiej liczbie, by każda albańska rodzina mogła w niej znaleźć schronienie na wypadek konfliktu zbrojnego z sąsiadami, wielkimi mocarstwami, na wypadek konfliktu nuklearnego lub lądowania UFO. Nie ważne, jak poroniony był to pomysł. Sama myśl o tym, że wszyscy bez wyjątku Albańczycy siedzą w tym samym czasie w bunkrach, porzuciwszy uprzednio swoje domostwa, miejsca pracy, zwierzęta na pastwiskach, łodzie na morzu itp., musi wydawać się zabawna. Cały naród albański pod ziemią. Jeszcze żaden przywódca polityczny nie umieścił choćby na chwilę całego narodu pod ziemią, przykrywając go betonową kołdrą umocnień wojskowych.

 

Zobacz pozostałe zdjęcia z wyprawy

autor: Radek Zenderowski

autor: Adrian Kryński   autor: Adrian Kryński

autor: Pułkownik Jeż (Rafał Gołębiowski)