Kilka zdjęć z wakacji...

 

 

W tym roku niestety nie udało mi się powłóczyć po dworcach kolejowych, co jest moim ulubionym zajęciem. Nie było też szans na kilkudniową włóczęgę bez mycia się. I jakby na złość plan podróży, który ułożyłem podlegał realizacji, a wiadomo, że najciekawiej jest jak się plan zawala i trzeba iść w innym kierunku, nie spać, nie pić, nie jeść. Jechaliśmy do Bułgarii via Ukraina, Rumunia. W Bułgarii było kilka zatruć pokarmowych i można by je w zasadzie uznać za jakąś przygodę, choć akurat wolę nieco inne. W sklepie spożywczym w Sofii przy ul. Cyryla i Metodego kobieta nie chciała przyjąć ode mnie do skupu butelek. Strasznie się tym zdenerwowałem i chyba powiedziałem coś niepochlebnego o aspiracjach Bułgarii do członkostwa w Unii Europejskiej. No bo jak można przyjąć państwo, w którym jednego dnia sprzedawczyni zarzeka się, że przyjmie butelki, a następnego dnia pyta o paragon. Na szczęście w innych sklepach skupowali bez problemów. Czasem zaczynam wierzyć w spisek producentów opakowań aluminiowych. Nad morzem, jak to w takich miejscach straszna nuda. Piasek, woda i uliczni sprzedawcy rakiji w plastikowach półlitrowych opakowaniach. Dobra i mocna. Żarcie byle jakie. Głównie z konserwy w obawie przed miejscowymi wędlinami. Pomidory wielkie jak arbuzy. Trochę pojeździliśmy sobie w ekstremalnych warunkach rumuńskimi pociągami, gdzie zawsze na trasie 800 km jest full komplet i wszyscy zawsze są za zamknięciem wszystkich okien. Poza tym nie można spać, bo co 15 minut do przedziału wpadają kolejno: sprzedawcy piwa Noroc, Burgenbier, Ursus itd., słonecznika, breloczków, wachlarzy, suszonych owoców, firmowych zegarków za dwa dolary, frezarek, wiertarek itp. Właściwie w pociągach nie sprzedaje się jedynie biletów na autobus.
 

Cóż za piękny kraj, w którym przed sklepem nie ma wywieszek informujących o zakazie spożywania piwa w sklepie, przed sklepem, w parku, w ogrodzie i przed urzędem gminy. Na zdjęciu jeden z takich sklepów w miejscowości Saparevo Bania, u stóp gór Riła. Doszło tutaj niestety do małej szarpaniny z panią ekspedientką, która upierała się, że policzyła nam za piwo na miejscu, podczas gdy ja byłem pewien że zapłaciłem kaucję w wysokości 30 stotinek (65 groszy). A że sprawę zwrotu butelek zawsze traktuję ze śmiertelną powagą (w tej materii nie uznaję żadnych żartów), dyskusja kto komu jest co winien toczona w języku polskim, trochę bułgarskim i trochę czeskim trwała jakieś kilka minut. Poza ekspedientką brali w niej udział miejscowi chłopi, którzy guzik wiedzieli na temat okoliczności zakupu przeze mnie piwa. Zwrot kaucji otrzymałem.

Naprawdę różnie to bywa z miejscami noclegowymi. Raz są, raz ich nie ma. Zasadę mamy taką, że jak nocleg kosztuje więcej niż 15, no góra 17 złotych, to zwymyślamy gospodarza i idziemy spać na dworzec kolejowy, gdzie jak w banku ma się pewność, że zainteresuje się nami miejscowy element taksówkarski, taniohotelarski i policyjno-kolejarski. Czasem dochodzi do tego element w postaci mniejszości (a w okolicach dworców na ogół większości)  etnicznych (Cyganów), które chcą coś za darmo otrzymać. Poza dworcami najlepiej spać w miejscach ruchliwych i gwarnych, np. na targowiskach. Ogólny jazgot, kwilenie zwierząt, wrzask okradzionych osób  itp. ułatwiają zaśnięcie. Do uszu nie radzę dawać zatyczek, gdyż dobrze wiedzieć kiedy jest się okradanym, by móc w porę z nożem w ręku  zapytać złodzieja o przyczyny takiego oto zachowania.

Tę oto maszynę kupiliśmy za jakie grosze w Czerniowcach. Ponieważ ja boję się prowadzić pojazdy mechaniczne, za kierownicą zasiadł znany z brawurowej jazdy magister Rudowski. Obwoził on naszą małą grupę po okolicznych wsiach i miasteczkach wzbudzając i podziw, i popłoch wśród tamtejszej ludności. Nie pamiętam już doprawdy ile rozjechaliśmy po drodze drobiu i ilu rowerzystów skierowaliśmy na boczny pas jezdni zwany potocznie rowem. W każdym razie zabawa była naprawdę przednia do czasu odebrania nam tego samochodu przez grupę rolników uzbrojonych w motyki i takie zabawne plastikowe obręcze (które nie wiem do czego służą) oraz rurki do pędzenia bimbru. Oddalimy wóz nie bez żalu... i dalej jechaliśmy już miejscowym pekaesem, którego kierowca miał zresztą podobną strategię prowadzenia pojazdu, a każde skierowanie rowerzysty na jeszcze bardziej prawy pas jezdni nagradzane były gromkimi brawami!

Rumunia to taki fajny kraj, że różne narkotyczne zioła można nabyć od tzw. baby na ulicy. Są to zioła o różnym działaniu i skutkach ubocznych. Są rośliny pobudzające i usypiające, rozweselające i posmutniające. Można sobie także wziąć tzw. mieszankę i dostać pomieszania zmysłów. Jest to bodaj najbardziej popularny miks w tamtejszych warunkach. Zioła gotuje się w czajniku i wypija kilka razy w ciągu dnia. Dla wzmocnienia ich działania, należy uprzednio obejść z nimi cały dom, krzycząc głośno ahah lsksl lass vffarar haaj lsws lhagsha! Te zioła kupują i młodzi, i starzy, kobiety i mężczyźni. Skutki tego są naprawdę nieciekawe. Z nikim nie można nawiązać jakiego racjonalnego kontaktu. Ludzie śmieją się lub płaczą, albo jedno i drugie.

Karmienie gołębi i wróbli w Sofii. Zabytków nie lubię zwiedzać. Męczą mnie te stare budowle i tłumy turystów. Poza tym guzik rozumiem z tego co tam jest zbudowane i wydłubane. Lubię budynki nowe i czyste. A takich w Sofii akurat prawie nie było. W Sofii spaliśmy w domu publicznym za 11 lewa od osoby (24 PLN). Samo centrum. Oczywiście tyle kosztował sam nocleg. Z pozostałych usług nie korzystaliśmy.

To zdjęcie przedstawia mnie oraz mojego Kolegę, którego jedni znają inni rozpoznają. Przedstawia ono oczekiwania na dworcu autobusowym w Suczawie na umówionego przez telefon naszego znajomego - Andrieja, który miał po nas przyjechać i zabrać do Czerniowców. I guzik. Nie przyjechał. Za ostatnie pieniądze, dla wyciszenia i uspokojenia zakupiłem 2 litrową butelkę piwa Bucegi. Pomogło. Ostatecznie za 7 baksów od łba przez granicę przewiózł nas zwolennik sojuszu z Rosją i wielbiciel Putina, Ukrainiec. Wcześniej pracował jako celnik na granicy, ale go wywalili za przekręty. To dziwne, gdyż na tych granicach wylatuje się chyba tylko za uczciwość.

Dla przezwyciężenia nudy wybraliśmy się w góry Riła. Doszliśmy do schroniska na 2100 m.n.p.m., a trzeba powiedzieć, że tego dnia pogoda była, żeby nie używać brzydkich słów, pod psem. Sorry psy. Spędziliśmy tam nocleg w zimnym i wilgotnym pomieszczeniu, ale bez robaków (na tej wysokości są jeszcze robaki?). Na skutek suszenia skarpetek na żarówce wysiadła jedna żarówka 40 watowa. Druga miała chyba z 20 wat, więc o grze w karty w pokoju mogliśmy zapomnieć. Nad ranem poszedłem z żoną moją Agnieszką dalej - do schroniska Ivan Vazov (2300 m.n.p.m.). Padało, waliły pioruny i g... było widać, choć były tzw. momenty.

Doszliśmy do schroniska Ivan Vazov po 5 godzinach marszu i 7 kg przekleństw. Szliśmy przez lodowatą wodę po kolana w klapkach - takich specjalnych, turystycznych, żeby ktoś sobie nie pomyślał, że plażowych. W schronisku były trzy psy, kot, dwóch Anglików, Amerykanin i piątka naćpanych jakimś zielskiem gotowanym w czajniku Bułgarów. Bułgarzy stanowili personel tego ośrodka. Przyjęli od nas zapłatę. Podwójna stawka dla obcokrajowców, ale jak trzeba coś od nas załatwić, to sobie przypominają, żeśmy wszyscy Słowianie. Bułgarzy skądinąd to dość oryginalni Słowianie (tureckie pochodzenie). Cały dzień grałem z żoną w karty nie na pieniądze. W przerwach z uwagi na ciśnienie spaliśmy. Nad ranem mieliśmy zejść z gór jakieś 15 km w dół. I nigdy bardziej mi się nie chciało nigdzie iść. Znowu: zimno, deszcz i po kolana w wodzie. Doszliśmy do Rylskiego Monastyru na pokrwawionych stopach.

Nadal nie wiem, czym zajmuje się ten starszy pan na targowisku w Sofii. Wyglądało to tak, jakby ktoś go tam na cały dzień umocował, żeby mieć spokój w domu. Facet wyraźnie przechyla się do tyłu tylko ta czerwona skrzyneczka, w której pewnie są jakieś odważniki (a może pół miliona lewów?) jakoś go naprostowuje i nie pozwala spaść przy ludziach na plecy. Ta czerwona skrzynka to na pewno nie była katarynka, ani skrzynka pocztowa. To wiem na 100%. A może po prostu dziadziu zbierał jałmużnę.

Bułgaria. Wieś Bołata. 10 km na północ od Kawarny, która leży 80 km na północ od Warny, a w Warnie jak wiadomo umarł Władysław Warneńczyk, jak sama nazwa wskazuje. Trochę się tam pokąpaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć aparatem Zorka 5 i tyle. Nuda. Znalazłem muszlę, która cholernie cuchniała. Wyrzuciłem, a potem zobaczyłem, jak ją sobie zabrali niemieccy turyści. Woda ciepła, zbyt ciepła. Płytko, zbyt płytko. Jakieś ryby nawet były. W takich małych miejscowościach człowiek ma pewność, że pływając nie spotka w wodzie ludzkich odchodów. No, jest to pewien komfort.

A to taki banał trochę. Wszyscy sobie robią zdjęcia nad morzem, więc ja też sobie zrobiłem. Po mojej lewej stronie moja żona, którą prawie całkowicie zasłoniłem. Ten głupkowaty uśmiech i piłeczka w prawej ręce dobitnie świadczą o tym, ile to człowiek traci powagi w czasie wakacji...

Kolejne zdjęcie przedstawiające bałkańskie sanitariaty. Tym razem w wydaniu kolejowym. W tym przypadku zamiast dziury w podłodze mamy gustowną muszlę z lat 50. ubiegłego stulecia. Szkoda, że zdjęcia nie oddają zapachów. I spróbujcie po czymś takim narzekać na Polskie Koleje Państwowe.

Oto trzy psy, które przygarnęliśmy i przywieźliśmy ze sobą do Polski. Na granicy chowaliśmy je do plecaków. Nie jestem pewien, czy dobrze zrobiliśmy wyrywając je z bałkańskiego kontekstu kulturowego i tradycyjnego sposobu spędzania wolnego czasu. Polska jest dla nich zbyt zachodnia.

No cóż. Kibelek nieczynny. Nie szkodzi. W środku było tak strasznie, że co wrażliwsi mdleją.

Na południe od linii Dunaju obowiązuje zasada - przepraszam, że o tym tutaj piszę, ale dobrze o tym wiedzieć - że załatwia się swoje potrzeby fizjologiczne "na narciarza". Muszle klozetowe spotyka się tutaj bardzo rzadko. I jeszcze jedna bardzo ważna informacja: zużytego papieru toaletowego nie wolno wyrzucać do dziury w podłodze (gdyż się zapycha). Należy go wrzucić do kosza na śmieci (fuj!). Nieczyszczona ubikacja grozi zawsze wybuchem epidemii. Na zdjęciu kibelek na stacji kolejowej w Ruse (północna Bułgaria, Dunaj, granica). Najgorszy kibel po drodze, ale jakoś wszyscy do niego wręcz lgnęli...

W morzu pływałem początkowo bez kólka. Ale widok dzieci unoszących się na różnych dmuchanych przedmiotach zainspirował mnie, więc sobie kółko kupiłem. Po paru minutach bujania się na falach zrobiło mi się strasznie niedobrze. Taki okropny stan, że ani nie jest dobrze, ani człowiek nie może się, za przeproszeniem wyrzygać. I jest się w takim zawieszeniu przez kilka godzin. Jest jedno lekarstwo na takie przypadłości (po prawej stronie).

Browar w Warnie stawia na jakość. Rok w rok coraz lepsze piwo. Gratulacje. A zaczynali od popłuczyn z liści, które kiedyś rosły w okolicach szyszek chmielowych. Piwo w cenie 45 stotinek (1 PLN). Dobrze schłodzone dobrze chłodzi. Typowe piwo dla niewybrednych marynarzy.