przed skupem butelek
 

Przed skupem butelek

 

 

Zacznijmy od tego, że skupy butelek już prawie nie istnieją. Ostały się tu i ówdzie, ale wiedzą o ich istnieniu już tylko wtajemniczeni. I nie dotyczy to tylko Polski, ale także - o czym miałem okazję przekonać się w te wakacje - także np. Bułgarii czy Ukrainy. Nieważne jest jednak miejsce, nieważne czy istnieje, istniało, czy będzie istnieć. Ważna jest abstrakcyjna sytuacja. Ważny jest ten cały kosmos, w jakim człowiek lewituje dzień po ostrym chlaniu, po zjeździe w dół z zamkniętymi oczami, po nocnym locie przypadkowo spotkanym helikopterem. To poranne wyrzucenie na orbitę i to spokojne, bezwładne przemieszczanie się wokół czegoś tam. I przypominanie sobie historii niechlubnej, o istnieniu której przypominają Ci nie oddane do skupu butelki.

Może i jestem przewrażliwiony na tym punkcie, ale uważam, że każda rzecz ma swoje miejsce. Miejsce pustej butelki jest w skupie. Jej przeznaczeniem jest ponowne napełnienie i ponowne wyrzucenie kogoś na orbitę. Butelka musi być umyta, etykieta zdjęcia, główka nieuszczerbiona. Jak do ślubu. I prowadzę te swoje panny młode do skupu. Każda za 35 groszy albo 3 korony czeskie. Ale nie ma już skupów, w których pod sufit piętrzyły się kontenery z butelkami. Nie ma tych bab w fartuchach narzekających na brud w butelkach, na gluty chmielowe, na uszczerbione główki, na to, że ktoś te baby kiedyś urodził i wstawił od razu do skupu butelek. Trzeba chodzić po sklepach i prosić. Prosić, żeby moje butelki mogły pójść do nieba, nie do piekła. I pokazywać paragony, talony, suszone ptasie gówna i nie wiem co jeszcze. Żeby tylko ten sąd spożywczej instancji wydał pozytywny wyrok. Żeby dopuścił skup.

Jest godzina 5:55. Sklep otwierają o 6:00. Przed drzwiami spotykam Ikara z połamanymi skrzydłami. Po raz kolejny próbował rzucić się po spożyciu z domku jednorodzinnego. Znowu prosto na krzaki, które zawsze go amortyzują. Ten wiecznie nieudany samobójca, niepoprawnie wierzący w swoją śmierć wbrew krzakom, po których zostają mu jedynie drobne otarcia. Dziś ma do oddania 7 butelek Karpackiego. Wali pięściami w drzwi i w ten sposób pozbawia się szansy na skup. I znowu ktoś z ryjem po nim wyjedzie. Paragon zgubiony, w dupę sobie wsadź te butelki. Nie ma takiej opcji. Ale on się kiedyś naprawdę zabije. I strasznie się głupio wtedy zrobi tej pani Anetce, Marlence czy jak one tam się nazywają, o ile mają jakieś imiona poza numerami swoich telefonów komórkowych, tak czule głaskanych i przytulanych.

Po szóstej oddaję 6 butelek Brackiego, pokazuję paragon jak na granicy paszport. Pani Numer Telefonu tyle a tyle przyjmuje do wiadomości, robi jakieś notatki dla szefa w takiej grubej księdze z napisem BUTELKI. I jest po wszystkim. Poszły wszystkie do nieba. Wziąłem następnych kilka, żeby sprawdzić czy smak się nie zmienił.