Rumunia w maju 2008 roku
 

Rumunia w maju 2008 roku

 

Do Rumunii pojechałem w maju 2008 roku, gdyż nie bardzo wiedziałem, czym się zająć po napisaniu habilitacji. Naukowo pracować jakoś mi się specjalnie nie chciało, dydaktyka zaczynała potwornie nużyć, a w barach nie można przecież siedzieć od rana do wieczora. I w swej genialności planisty komunikacyjnego, i w oszczędności również, pomyślałem, że na umówione spotkanie na granicy węgiersko-rumuńskiej pojadę autostopem. Jak za dawnych studenckich czasów!

 

W strugach deszczu przyszło mi czekać godzinę i dwadzieścia minut na ruchliwej rzeszowskiej wylotówce. I strasznie pomstowałem wówczas na to miasto i jego mieszkańców. Wydawało mi się, że w swym niemal ostentacyjnym przywiązaniu do Kościoła i religijności, okaże się ono lepszym miejscem na stopa niż bandyckie Katowice. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Pierwszym stopem dojechaliśmy do Jasła, nie wiadomo dlaczego, bo to nie po drodze do Barwinka. Jechaliśmy ze sprzedawcą kratek wentylacyjnych. Potem zabrała nas małym samochodzikiem jedna z maturzystek, tuż po egzaminie. Dalej jechaliśmy kilkanaście kilometrów niebieskim tirem. W Dukli zabrali nas dwaj kolesie już na Słowację, do miejscowości Cyganowo Wielkie (nie pamiętam nazwy, pamiętam tylko nadreprezentację jednej z mniejszości etnicznych). Dalej jechaliśmy rozwalającym się niebieskim niby-roburem aż do samego Trebiszowa. Przy prędkości rodzinnej wycieczki rowerowej miała miejsce interesująca rozmowa na tematy polityczne z kierowcą, który wszystkich polityków uważał za złodziei, a Cyganów za upośledzonych umysłowo i niezdolnych do żadnej pracy (niechcący usprawiedliwiając ich z ich nieróbstwa). Potem była mowa o tym, że wschodnia Słowacja jest z perspektywy Bratysławy jak Bangladesz, od którego wszyscy trzymają się z daleka jak od zarazy. W Trebiszowie, jak w Rzeszowie (nawet nazwy podobne). Piękna, prosta droga, zatoczki specjalnie wybudowane dla autostopowiczów. I nic. Marsz w kierunku granicy madziarskiej i nagle zatrzymuje się facet. Jedziemy do Słowackiego Nowego Miasta. Po drodze mijamy farmę strusi i mini-zoo z wielbłądami. Tuż przy samej drodze. Takie słowackie safari. Człowiek zastanawia się, czy już pił czy dopiero będzie, bo coś w tym krajobrazie jest wyraźnie nie tak. Na koniec otrzymujemy od kierowcy po piwie Šariš na drogę.

 

Po drugiej stronie granicy słowacko-węgierskiej (szumnie brzmi, w rzeczywistości chodzi o kładkę nad ściekiem) w supermarkecie nabywam 2-litrowy napój chłodzący. Oczywiście, że wino, a co mam pić na Węgrzech? Rakotwórczą lemoniadę? Wino nosi nazwę Csikos (czyt. Czikosz) czy jakoś tak. Etykieta jest zachęcająca. Przedstawia faceta z białym koniem trzymanym za uzdę, w tle są góry (oj, nie mogą ci Węgrzy zapomnieć o swoim Nagy-Magyarország, Wielkich Węgrach i węgierskich Karpatach). W połowie etykiety jest informacja, która dla wielu jest rozstrzygająca przy zakupach – mianowicie liczba przy procentach. Mała (9%), ale bardzo dobrze. Degustację można rozciągać w czasie, obserwując jak reaguje organizm, jak z wolna umiera wątroba. Na samym dole etykiety informacja prawdopodobnie o konserwantach, ale na szczęście niezrozumiała dla mnie, gdyż po węgiersku wiem tylko tyle, żeby nie zginąć z głodu, a zwłaszcza z pragnienia. I żeby podziękować dobrym ludziom i zapytać o najtańszy bilet kolejowy. Wiem jeszcze jak jest rower w tym języku, gdyż mi go na Węgrzech ukradziono. Cena napoju to 400 Ft, czyli 5,60 złotych, znaczy za litr 2,80. Wino takie sobie, jak się okazało, ale nie z gatunku ścierwoji popularnych. Ustawiwszy się na trasie nie czekaliśmy nawet 5 sekund. Zatrzymał się Niemiec mieszkający w okolicy i wiózł nas w kierunku Tokaju. W trakcie rozmowy okazało się, że jesteśmy głodni, więc Niemiec zaczął nas namawiać i zapraszać na kolację. On stawiał. Zupa rybna wyborna. Złoty człowiek z tego Holgera, bo tak miał na imię. Był handlarzem wina, ale, jak sam opowiadał, wina nie pije, tylko wódki owocowe. Ciekawe dlaczego. W każdym razie przed kontrahentami pewnie się tym nie chwali.

 

Noc w Tokaju. Autostop o tej porze odpada. Kamping na parę godzin to strata pieniędzy. Zresztą część została już przeznaczona na Csikosa. Lądujemy na dworcu kolejowym, śpimy pod rozłożystą lipą. Jest zimno, pewnie w okolicach 3-4 stopni Pana Celcjusza. Śpiwory ogrzewają głównie same siebie. Mam halucynacje. Wydaje mi się, że widzę olbrzymią łunę nad Budapesztem oddalonym o ponad 200 km. A nad tą czerwono-złotą łuną dwa wielkie obrazy przedstawiające postaci św. Jadwigi i Władysława Warneńczyka. Poranne ponad godzinne czekanie na stopa zaraz za mostem, pod którym łączą się wody Cisy i Bodrogu, specjalnie nie irytuje. Jest słonecznie, robi się ciepło. Jedziemy kilka kilometrów Wartburgiem, potem łapiemy stopa do Nyíregyházy, dalej spod dworca kolejowego błyskawicznie zatrzymujemy biznesmena jadącego do Debreczyna, a na sam koniec młody chłopak wiezie nas prawie pod samą granicę. Dzięki Wam Węgrzy, nasi Bratankowie.

 

Węgry w podróży są dla mnie zawsze takie same. Każdy kraj ma swój niepowtarzalny zapach i dotyk. Węgry są ospałe, palinkowo-paprykowe, zawsze słoneczne, często ma się wrażenie unoszącego się lekkiego, niezbyt dokuczliwego kurzu. Węgry są zmęczone, powtarzające wciąż jakieś niezrozumiałe długie wyrazy niczym zaklęcia, by żyło się lepiej. I  nic z tego nie wychodzi. Na Węgrzech należy udawać zmęczonego, dzielić z Węgrami los wygnańców we własnym kraju. Bo co to był za pomysł, żeby stepowych jeźdźców, plądrujących i straszących całą Europę, zatrzymać właśnie tutaj. W samym środku Europy. Żeby zmuszać ich do pracy, która w ich języku brzmi jakże dosadnie i złowieszczo – munka.

 

Przez Rumunię jedziemy z Kubą samochodem. Granatowym Fiatem Brava. Drogi międzynarodowe są w porządku, wystarczy jednak zjechać na pomarańczowe (wg kolorowych oznaczeń na mapie), lub co gorsza na żółte czy białe, żeby przekonać się, że zawieszenie samochodu nie jest dane raz na zawsze. Że jest czymś równie przygodnym jak poranne piwo wypite przed sklepem spożywczym na tzw. rozruch. Było i nie ma. Najwięcej wrażeń dostarczają drogi białe. Samo określenie droga jest tutaj na wyrost, trochę na kredyt, którego nikt nigdy i tak nie spłaci. Biała droga to nierzadko seria następujących po sobie zbiorników wodnych, przez które przejeżdża się, sprawdzając wcześniej patykiem, gdzie jest najpłycej. Biała droga zaczyna się na ogół zachęcająco, po czym po paru kilometrach uświadamiasz sobie, że jesteś w pułapce. W tym czasie mijają was białe Dacie – niby dziadostwo, a śmiga po dziurach jak terenówka. Do tego ni stąd ni zowąd pojawia się całe mnóstwo konnych zaprzęgów, które dają sobie radę jeszcze lepiej ni ż Dacie. A na wozach obowiązkowo Cyganie całymi rodzinami. Poubierani w ciuchy we wszystkich odcieniach tęczy. A za każdym wozem biegnie pies lub kilka psów. I człowiek przez chwilę zastanawia się, czy nie rzucić tego wszystkiego dla takiego radosnego korowodu. Przestać się martwić o wszystko i po prostu żyć, jak Cygan beztrosko.

 

Naszym celem były stare saskie kościoły-twierdze. Swoją ciekawość, jako laik, zaspokoiłem już odwiedzając pierwszy kościół. Wszystkie następne wydawały mi się takie same, tyle, że położone kilkanaście kilometrów dalej. Przez to podobieństwo poulatywały mi nazwy miejscowości. Kuba starał się przekonywać, że tak nie jest, ale ja i tak już wiedziałem swoje. Wszystkie kościoły protestanckie są takie same w środku, na zewnątrz często też. Zresztą nie pamiętam już nawet większości nazw tych miejscowości. Pamiętam raczej te miejsca, w których ugotowałem sobie jajka na twardo, gdzie zjadłem niedobrą szynkę z puszki przywiezionej z Polski, miejsca, w których delektowałem się fasolką podgrzewaną w puszcze na kuchence turystycznej.

 

Jeden kościół utkwił mi w pamięci, ale nie ze względu na architekturę, ale na gospodarza i jego gości. Stary Niemiec oprowadzał wycieczkę Węgrów. Wcześniej zapytał, czy na pewno nie ma tu żadnych Rumunów, a gdy w odpowiedzi usłyszał ciszę, powiedział z wyraźną satysfakcją „i bardzo dobrze”. Potem z żalem mówił o tym, jak to niegdyś niemieckie miasteczko uległo po II wojnie cyganizacji i romanizacji. Widać było, że obecność w mieście Cyganów i Rumunów była dla niego aż nazbyt oczywistym zwiastunem końca świata, końca ery niemieckiej obecności w Karpatach. We wnętrzu kościoła, jak to w miejscu religijnym Węgrzy wraz z Niemcem powspominali sobie jak to kiedyś było dobrze. Austro-Węgry jawiły się jako utracona arkadia, kraj mlekiem i miodem płynący. Węgrzy zaśpiewali swoją wielkomadziarską pieśń, a biedaczek Niemiec (który podkreślał, że wbrew opiniom obiegowym nie jest Sasem Siedmiogrodzkim, tylko imigrantem z okolic Luksemburga) zwyczajnie, po ludzku się popłakał z wrażenia. Węgrzy w nagrodę za tę wrażliwość na ich wrażliwość wręczyli mu parę banknotów 10-lejowych. Na otarcie wielkoniemieckich łez.

 

Po Siedmiogrodzie przyszła kolej na Maramuresz. W tym regionie również zwiedzaliśmy kościoły, tyle tylko, że nie protestanckie, lecz prawosławne lub, rzadziej, greckokatolickie. W Maramureszu chodzi się w niebieskich plastikowych klapkach z hipermarketu. Im bardziej wyrazisty niebieski, tym lepszy. I znowu kościoły wydawały mi się takie same, choć były wewnątrz zdecydowanie bardziej bogate. Wówczas, chcąc znaleźć sobie jakieś zajęcie, zacząłem fotografować ludzi. Zwłaszcza tych starych, schorowanych, popękanych, na krawędzi życia i śmierci. Ci byli dla mnie najładniejsi. Ja ich nie widzę na co dzień w pracy czy w telewizji. Oni się ukrywają albo raczej ich się ze wstydem ukrywa. Taka kultura. Obecność ludzi starych i schorowanych na co dzień jest lecznicza. Nie dlatego, że możemy na nich spojrzeć i odetchnąć z ulgą mówiąc do siebie, uff, jak to dobrze, że jestem młody i zdrowy. Powód jest inny. Na twarzach tych ludzi jest historia, każda zmarszczka, niczym słoje w drzewie, oznacza inną historię, inny etap w życiu. Komunizm, faszyzm, Dej, Ceauşescu, Żelazna Gwardia, przyjęcie do pracy, zwolnienie z pracy, lata samotnie spędzone na hali z owcami itd. Na twarzy modeli i modelek są tylko efekty kremu wygładzającego. Nie ma żadnej historii, jest tylko reklama. I tak przez kilka dni polowałem ze swoim nowym aparatem na ludzi starych i schorowanych ciesząc się jak dziecko z każdej „upolowanej” sztuki. Fotografowałem także te elementy kultury materialnej, które kojarzyły mi się z życiem i przemijaniem, z kolejnymi etapami: okna, drzwi, drogi. I tak jakoś czas zlatywał.

 

Byliśmy w kilku siedmiogrodzkich i maramurskich miastach. W zasadzie były to miasta niemieckie lub węgierskie, zasiedlone przed kilkudziesięcioma laty przez Rumunów, którzy „zeszli z gór”, by żyło się im łatwiej i wygodniej, by historycznej sprawiedliwości stało się zadość. Bo przecież każdy ma prawo do lepszego życia. Bardzo wyraźnie widać to w architekturze. Jeśli Rumunii coś wybudowali lub dobudowali, nie można nie zauważyć. Bizantyjski lub pseudobizantyjski styl wcina się w łacińską konstrukcję, próbując swoich sił. W odróżnieniu od Węgier, wszędzie mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodych. Życie tętni. Kocią bałkańską muzykę słychać już niemal prawie na każdym kroku, choć jeszcze trochę do Wołoszczyzny i Mołdawii. Nocowaliśmy w samochodzie i namiocie. Raz trzeba było przespać się na cmentarzu. Była tam taka wiata chroniąca przed deszczem, wyposażona w jedną cenną rzecz – w gniazdko z prądem. Baterie do aparatów fotograficznych mogły zostać tym sposobem doładowane. I do rana doczekaliśmy, choć lęk był.

 

Rumunia kojarzy mi się z grubymi betonowymi słupami i wszelkim okablowaniem, które miast chować się pod ziemią, dumnie manifestuje swoją obecność nad ziemią. Kłębowiska kabli na każdym skrzyżowaniu. Betonu w ogóle jest bardzo dużo. W tym kraju przyjęto ogólną zasadę, że jeśli coś można zabetonować lub zrobić z betonu, to należy tak uczynić. Widać cementu jest tutaj pod dostatkiem. A to, co z betonu wykonane, obowiązkowo jest malowane farbą olejną. Jeśli nie w narodowe barwy, to na żółto lub na biało. I obok tych betonowych wynalazków zawsze jest ktoś, z reguły Cygan zatrudniony przy pracach interwencyjnych, który ma to utrzymywać w porządku. Ale to jest na ogół tak brzydkie, że trudno o to dbać. Najlepiej byłoby porzucić, zamknąć oczy i uciec. Choćby pociągiem osobowym jadącym 20 km na godzinę do granicy węgierskiej lub bułgarskiej. I móc powiedzieć, nigdy więcej szarego betonu, nigdy więcej lakierowanego betonu.

 

W Rumunii byłem chyba już 11 raz. Wiele się zmieniło od czasu, gdy po raz pierwszy, bodaj w 1996 roku zobaczyłem ten kraj. Wlało się od tego czasu trochę plastikowego Zachodu, hałaśliwych reklam, wzorów stylów życia zupełnie nieprzystających do lokalnych warunków. Część jakby wyrzekła się swojej rumuńskości, przybierając różne pozy. Ale na szczęście zostali i tacy, którzy to wszystko mają w nosie, i na głowie z podróbką czapki Reeboka, pasą swoje cztery krowy. Codziennie przez kilka godzin. To jest piękne, dla wielu nieosiągalne.