KILKA SŁÓW O SOBIE


 

 

 

KILKA SŁÓW O SOBIE...


 

Urodziłem się 28 października 1974 roku, w czechosłowackie święto państwowe (rocznika powstania I Republiki), które w czasach komunistycznych nosiło nazwę Święta Nacjonalizacji Przemysłu. Było to w poniedziałek, około godziny 10 rano w Szpitalu Śląskim w Cieszynie. W przedszkolu byłem prześladowany i niedopuszczany do większości zabaw grupowych. Odmawiano mi np. prawa udziału w grze w wojnę. Później doszedł także zakaz zabawy w tzw. dom, gdzie każdy miał swoją żonę, kuchnię i te sprawy.

Z Siostrą Alicją w piaskownicy

Uczyłem się aż w trzech szkołach podstawowych (Lesznej Górnej, Dzięgielowie i Cieszynie), gdyż stwarzałem tak zwane problemy wychowawcze. Po ukończeniu szkół podstawowych uczyłem się tylko w jednej średniej - Technikum Hotelarskim w Wiśle. W szkole zajmowałem się różnymi rzeczami, m.in. założyłem Akcję Rybiz. W tzw. międzyczasie z różnym powodzeniem trenowałem pływanie.

zobacz zdjęcia z tzw. dzieciństwa

W zasadzie od urodzenia gdzieś dojeżdżałem. Początkowo było to 14 km, potem 26, a obecnie 392 km. Pamiętam Jelcze, które nazywaliśmy "ogórkami" ze względu na ich kształt. Miały tę zaletę, że w zimie w terenie górzystym na przednim napędzie bez problemu pokonywały mniejsze i większe wzniesienia. Wada była taka, że czasami miało się wrażenie, że rura wydechowa jest skierowana do wewnątrz (nieszczelna pokrywa silnika. Czasami "ogórek" z uwagi na duży tłok ciągnął za sobą przyczepę, co obecnie jest całkowicie zakazane z uwagi na brak możliwości skomunikowania się pasażerów z przyczepy z kierowcą (ciekawe, bo we współczesnych demokracjach jest tak samo, a nikt ich nie zakazuje). Wic polegał na tym, że często w zimie ta naczepa na zakrętach lądowała w rowie lub rzece. Dojeżdżałem także enerdowskimi Roburami (również brak k0omunikacji z kierowcą). Dojeżdżanie z czasem weszło w krew i obecnie nie wyobrażam sobie, że przynajmniej raz w tygodniu gdzie bym sobie nie pojechał. To taki sam nałóg jak alkoholizm i palenie papierosów.

W Warszawie, do której trafiłem zupełnie przypadkowo (gdyż wszyscy moi znajomi na studia szli do Krakowa, Katowic, a najdalej do Wrocławia) skończyłem studia na kierunku politologii w Akademii Teologii Katolickiej. Na roku było nas z 50 osób, a każdy z innej bajki. Byli anarchiści, pacyfiści, monarchiści (ja), skrajni liberałowie, osoby noszące bez przerwy kurtki z czarnej skóry, KPN-owcy itp. W czasie studiów mieszkałem początkowo w domku nr 70 na Jelonkach, potem na plantacji marchewek w Babicach Starych (gdzie po zajęciach jeździłem traktorem po polu i odpracowywałem koszta swojej kwatery), następnie na Solcu, przy ul. Wiejskiej (lecz nie w Sejmie niestety), wreszcie w domku nr 41 (gdzie poznałem swoją przyszłą żonę). Jeszcze potem w D.S. "Jelonek", "Rogaś" i w wynajmowanym mieszkaniu na Synów Pułku.

 

 


 

Na studiach przez krótki czas pełniłem funkcję przewodniczącego samorządu studenckiego, w którym  zasiadało tylko aż pięć osób. Byłem następcą słynnego Bodzia Jagielskiego, postaci barwnej i rozrywkowej, która niestety naszego kierunku politologii nie ukończyła. Kilkakrotnie skreślany z listy studentów wracał jak bumerang i przyprawiał wszystkich o ból głowy. Po kilku razach jednak nie wrócił, pozostawiając jednak po sobie wiele ciepłych wspomnień. Jak przewodniczący nie sprzeniewierzyłem ani złotówki publicznego grosza. Jedynym moim wykroczeniem było przepicie wraz z innymi członkami zarządu samorządu pieniędzy wypracowanych przez naszą kserokopiarkę. Były to jednak grosze, a zabawa przez całą noc przy ognisku pozostawiła niezapomniane przez kilka dni ślady zarówno w pamięci, jak i na wątrobie.


Na Jelonkach. Domek nr 70, pok. 5

Po zakończeniu studiów magisterskich, a przed obroną rozprawy doktorskiej, zajmowałem się wieloma dziwnymi rzeczami. Zrezygnowałem z etatu na Uniwersytecie, gdyż wówczas wydawało mi się, że nie jest to moje powołanie. Następnie bez przekonania i bezskutecznie szukałem zatrudnienia w branży turystycznej (jestem technikiem hotelarzem z wykształcenia). Dorywczo pracowałem m.in. w przebraniu bałwana w promocji produktów jednej z sieci telefonicznych (w asyście nietrzeźwych i młodszych o 10 lat od siebie "smerfów" i "smerfetek"). Grałem trzecioplanową rolę Żyda niosącego ciężką walizę (scena z przejściem przez kładkę w getcie) w filmie Romana Polańskiego pt. Pianista. Próbowałem sił jako ankieter, ale szło mi słabo, a respondenci wygadywali głupoty i szybko się zniechęciłem (przyszły doktor socjologii! jejejej). W dniu 7 maja 2000 roku ożeniłem się z Agnieszką z Rzeszowa, która mnie utrzymywała przez jakiś czas, pracując w kwiaciarni. Stałego zatrudnienia nie miałem i to trochę chyba martwiło moją żonę. Myślała, że jestem tzw. niebieskim ptakiem. Pisałem jednak pracę doktorską, którą wreszcie ukończyłem.

Od 2001 roku, w kilka miesięcy po obronie rozprawy doktorskiej, zacząłem pracę jako adiunkt w Instytucie Politologii UKSW. Od tego czasu prowadzę zajęcia ze stosunków międzynarodowych i problematyki Europy Środkowej. Pracę dostałem na zasadzie "trafiło się ślepej kurze ziarno". Jakoś tak wyszło i już. Tak widać musiało być. Zostałem od razu opiekunem "odhodowanego" przez ks. dra Janusza Węgrzeckiego  II roku, na którym spotkałem wiele fajnych i inteligentnych osób.

W późniejszym czasie coś tam sobie dłubałem naukowo i z tego ostatecznie wyszła praca habilitacyjna, którą obroniłem w grudniu 2008 roku w Polskiej Akademii Nauk, w Instytucie Studiów Politycznych. Potem "przyszła" profesura uniwersytecka. Ot tak się stało, bez udawanej skromności, nie wiem dlaczego. Jestem pracowity, ale wydawało mi się do niedawna, że to jest norma :) Więcej nt. mojej ścieżki naukowej.

Za największą wartość swojej pracy naukowej uważam ludzi, których dane mi było spotkać. Zarówno wykładowców, jak i studentów. Ci drudzy są do tej pory moimi współpracownikami w różnego rodzaju projektach badawczych. Nie ma chyba nic milszego, jak doświadczanie sytuacji, w których w młodych ludziach rodzi się autentyczna, nieskalkulowana zyskiem, pasja POZNANIA naukowego. Fantastyczna sprawa.


 

W 2002 roku wyprowadziłem się z Warszawy i zamieszkałem z żoną w Cieszynie przy ul. Węgielnej (jak na Śląsk przystało!) na IV (ostatnim) piętrze z widokiem na czeskie i słowackie góry. Prace remontowe trwają w mieszkaniu po dziś dzień, odrywając mnie na szczęście od czasu do czasu od komputera. Samodzielnie wykonałem kilka prac fizycznych, strasznie przy tym przeklinając (niech sąsiedzi mi wybaczą).

To już tylko zdjęcie archiwalne :)

Nasze mieszkanie i widok na zewnątrz. Prace remontowe trwają. Zakończenie przewiduje się na rok 2034. Wszystko rekompensują natomiast widoki. Nasz blok jest położony na "skrzyżowaniu" frontów atmosferycznych (Brama Moravska, w związku z tym często z kuchni widać inną pogodę niż z pokoju gościnnego. A to tylko 10 metrów.

 

W czasie podróży moim rozwalającym się kaszlakiem po Słowacji. Działało w nim dobrze jedynie radio.

Od bodaj 1996 roku jeździłem regularnie co roku na Bałkany, szukając tam czegoś, nie wiadomo czego. Co roku odczuwałem nieodpartą chęć powłóczenia się po Rumunii, Bułgarii, Serbii, Macedonii, Albanii, Bośni i innych krajach regionu. W tym 2011 roku zdecydowałem, że to już wystarczy. Bałkany zaczęły mnie męczyć. Coś, co kochałem, stało się obiektem nienawiści. To trzeba było przerwać. Są także inne przyczyny, których nikomu nie wyjawię :)

A oto moje eldorado. Przestało istnieć jakieś 16 lat temu.
Był to bar piwny w Mangalii (Rumunia).
Najtańsze piwo w Europie Wschodniej
- jedyne 33 grosze za brudny kufel obrzydliwego piwa

 

Od roku 2008 moje życie osobiste zaczęło się dość mocno komplikować, o czym długo by mówić, a najlepiej zwyczajnie milczeć. Obecnie nie mieszkam już na Węgielnej, lecz w kupionym kilka lat temu dużym mieszkaniu w kamienicy w centrum miasta (kredyt do końca życia albo i dłużej). Odreagowując swoje problemy osobiste zacząłem to mieszkanie urządzać po swojemu. Z efektów jestem bardziej niż dumny. W mieszkaniu mam ponad 100 kwiatów :) Zawsze jak wyjeżdżam do Warszawy, patrzę przez kilka minut na nie z podziwem :) Ale, jak słusznie zauważyła Koleżanka z pracy, mieszkania nie przytulę...
 
Mam wrażenie, że mam już za sobą to, co uważam za największą wartość w życiu, w dużej mierze z własnej winy. Brzmi enigmatycznie, ale wolałbym nie zdradzać szczegółów. Nie jestem jednak zgorzkniały, czasem smutny, ale nie zgorzkniały. Ludzie zgorzkniali są cyniczni i źli na wszystkich wokół. Ja, przynajmniej tak myślę, takim się nie stałem. Po (trudnej) drodze przekonałem się, że mam wielu dobrych przyjaciół i mądrych ludzi wokół siebie. Ludzi, którzy nie opuszczają w potrzebie. To bardzo krzepi.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Bardzo miło wspominam ten czas... Jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu (2010). Miejsce wykonanie tego zdjęcia niech pozostanie jednak tajemnicą...
 
 
Raz lub dwa razy w tygodniu dojeżdżam 392 km do Warszawy i strasznie mnie to bawi. Jestem uzależniony od kolei żelaznych w takim stopniu, że jak nie jeżdżę pociągami dłużej niż tydzień, chodzę na stację, żeby chociaż na nie popatrzeć. W pociągach wypoczywam, pracuję, spotykam ciekawych ludzi, znajduję gazety, które później czytam, zawsze czytam wszystkie ulotki kolejowe. Często piszę listy do PKP. Nawet odpowiadają.
 
Lokomotywa na dworcu kolejowym Bukareszt-Progresul. Rumuńskie koleje należą do jednych z najdroższych w Europie Środkowo-Wschodniej, ale za to mają swój niepowtarzalny urok. Poza tym należy zwrócić uwagę na bardzo zadbane torowiska (w przeciwieństwie do pociągów). Pociągi i koleje lubię w każdej ilości i jakości bez względu na porę dnia i nocy. Najlepiej zasypiam, gdy wyobrażam sobie, że jadę pociągiem, który do stacji docelowej przyjeżdża ok. 7 rano. Bardzo żałuję, że w mojej rodzinie nikt nie jest kolejarzem i w zasadzie z nikim nie można porozmawiać o pociągach. Na szczęście jeden z moich kolegów z Instytutu Politologii kończył Technikum Kolejarskie i od czasu do czasu można z nim zamienić słowo nt. kolei.

   
 


Na kolejarskim szlaku - kiedy wyjeżdżam i wracam

(hahaha, nieaktualne, ale nie usuwam, żeby był dowód, że kiedyś pociągi jeździły szybciej :)

 


 

Nie znoszę:

hipokryzji***pozerstwa***karierowiczostwa***udawania pracy (w tym prac zaliczeniowych pisanych na kolanie)***głupkowatego mądrzenia się i tzw. szpanerstwa***zarozumialstwa z powodu rzekomo wyższej kondycji moralnej***fundamentalizmu pod każdą postacią, zwłaszcza tzw. prawdziwych Polaków i prawdziwych katolików (gdyż w praktyce prawdziwi Polacy okazują się największymi szkodnikami Polski, a prawdziwi katolicy szkodzą Kościołowi bardziej niż wszyscy heretycy razem wzięci (oni przynajmniej używali rozumu!)***ciągłego krytykowania i malkontenctwa (niestety cecha przeważającej części populacji w Polsce, i w ogóle w Europie Środkowej), połączonego z byciem ekspertem w każdej dziedzinie***niepunktualności niezwiązanej z kataklizmami***palenia tytoniu w ubikacjach i przedsionkach w pociągach***reklam leków i proszków do prania***węży na żywo i w telewizji***piwa z dolewką wody lub spirytusu***ekspedientek praktycznie we wszystkich sklepach (takich przeraźliwie chudych, opalonych na solarium, palących papierosy w przerwach obiadowych), takich, co nie odpowiadają "dzień dobry" jak np. pani Anna Sokołowska z MarcPolu***jazdy pociągiem w towarzystwie dwóch lub kilku plotkujących ze sobą o wszystkim i niczym osób***rozmów o pogodzie***starych, niekulturalnych bab wymuszających ustąpienie miejsca w autobusie lub tramwaju (jeżdżących zawsze w godzinach szczytu), sapiących i kiwających się ostentacyjnie, że niby przypadkowo wpadających na mnie, narzekających na młodzież***pytań typu "czy Pan wysiada?" (bo niby co to kogo obchodzi dokąd jadę)***ale przede wszystkim głupich pytań o paragon przy oddawaniu butelek.

 

Cenię:

Ludzi skromnych, znających ograniczenia swojego umysłu i umiejących przyznać się do błędu***pracowitych i nie oczekujących za swoją pracę oklasków i podziwu***odważnych - umiejących bronić swoich racji bez względu na koszty, które trzeba ponieść, nieoportunistów***uczciwych, mówiących prawdę***niezbyt gadatliwych***a najbardziej swoich inteligentnych przeciwników (a nawet wrogów), którzy stają się moimi przyjaciółmi lub takich, którzy ostatecznie dochodzą do wniosku, że razem możemy więcej zdziałać***ludzi prostych, potrafiących nieraz w kilku słowach wyrazić to, o czym profesor nie potrafi książki napisać***ludzi otwartych i niezacietrzewionych.

 

 

Moje zainteresowania to: hodowla koszatniczek, czeskie piwo, morawskie wino, a także turystyka jak najbardziej niezorganizowana, chaotyczna i przypadkowa (głównie spanie na dworcach kolejowych, w parkach i na obrzeżach miast). Książek czytam mało, gazety jedynie przeglądam (zwłaszcza te znalezione w pociągach), a telewizji prawie w ogóle nie oglądam (bo i po co)Lubię dania proste z dużą ilością szczypiorku, kiszonych ogórków i kwaśnego mleka (w zależności od opcji).

 

Moje koszatnice

 

 

 

Party Poker
 

 

         

 

 

Strona główna