Nowa strona 1

Nowa Kuchnia

 


W ostatnich dniach roku 2005
zostały zakończone prace remontowe na odcinku kuchennym. Trwały około miesiąca począwszy od całkowitej wymiany instalacji elektrycznej, przez kafelkowanie, malowanie po instalowanie nowych mebli kuchennych. Wypowiedziano przy tym wiele słów powszechnie używanych za wulgarne, jak również wypito morze alkoholu (przy czym konsumpcja złocistego płynu była na szczęście głównie udziałem nadzoru budowlanego, czyli moim). Nie obyło się bez niespodzianek, na które można zawsze liczyć remontując budynek stawiany za komunizmu (jak teraz usłyszę jeszcze, że ktoś wspomina dobrze czasy komuny, to tym razem zabiję na miejscu i bez odszkodowania). Można do nich zaliczyć np. deskę wmurowaną w płytę betonową, udającą beton, albo podłogę o nachyleniu ok. 5%. Ale po kolei.

Najpierw zainstalowano nowe kable z prądem. Pan elektryk wywalił w ścianie kilka dziur, powtykał w nie prąd i nałożył takie zabawne osłonki, a na samych końcach gniazdka. Za niewielką dopłatą podłączył nas w nocy bezpośrednio do słupa trakcyjnego (mieszkamy na ostatnim piętrze), a licznik został  tak podkręcony, że wykazuje jakieś śmieszne zużycie w skali miesiąca. Jakiś dziwny facet za ponowne założenie plomby wziął do kieszeni 30 złotych i mówił, żeby z nikim tą wiedzą się nie dzielić (dlaczego, skoro jesteśmy zadowoleni z jego usług?). Teraz możemy pozwolić sobie na podłączenie grzejników elektrycznych, suszarki, zmywarki, piecyka elektrycznego i prasy do tłoczenia monet. Żarówki w kuchni mamy 500-Watowe.

Następnie pan kafelkarz położył kafelki według projektu mojej żony. Podłoga w kolorze ceglanym, ściany - w jasnym piaskowym. W przeciwieństwie do firmy KRZAK z Ustronia nie przeklinał, nie narzekał, nie mówił, że za komuny było lepiej, nie zasyfił  nam całego mieszkanie, nie zepsuł  odkurzacza, nie używał narzędzi XIX-wiecznych, i dał  nam święty spokój. Robota pierwsza klasa.

W dalszej kolejności ja sam pomalowałem kuchnię. Trochę pomagał mi Tata, który nie wiem skąd przywlókł do domu taką farbę, że potem przez dwa dni bolała nas wszystkich głowa. Początkowo malowała też Agnieszka, ale po tym jak włożyła nogę między rury ciepłownicze i musieliśmy wzywać strażaków, żeby je porozcinali (rury oczywiście), zrezygnowała. W Castoramie odbyłem z żoną 50-minutową dyskusję na temat koloru ścian w kuchni, po czym i tak kupiliśmy farbę wg pomysłu żony. Wałek spieprzył się w połowie roboty i dalej jechałem już pędzlem. Samo malowanie na chybotliwej drabinie po wypiciu kilku piw jest dość zabawnym przedsięwzięciem. W sumie jednak wyszło nie najgorzej, gdyby nie fakt, że po drodze zamalowałem okna i częściowo także drzwi.

I wreszcie do pracy przystąpił mąż siostry mojej żony - Paweł, który jest producentem mebli kuchennych. Paweł jest zdobywcą wielu nagród meblarskich. Wymieńmy choćby złoty medal za zaprojektowanie najbardziej niebezpiecznej kuchni w Polsce, również złoty medal na wystawie Ekologicznych Mebli z kartonu, puszek i tłuczonego szkła. Srebrny medal zdobył w konkursie na meble kuchenne z szafkami, w którym można bezpiecznie zamykać małe dzieci (tak, żeby wystawała na zewnątrz tylko głowa), żeby można było spokojnie pójść do pracy lub obejrzeć film.



Najpierw musieliśmy to wszystko wnieść na IV piętro ok. 22:00 po 8-godzinnej podróży z Rzeszowa (kuchnia, zmywarka i piekarnik znajdowały się w przyczepie). Nie obyło się bez awantury z mieszkańcami bloku, gdyż przy wnoszeniu mebli porysowaliśmy kilka drzwi wejściowych. Ponieważ pyskówkom nie było końca, Paweł pogroził sąsiadowi z drugiego piętra rozbitą butelką po winie "Mąż w domu" (cośmy ją właśnie opróżnili) i sytuacja się uspokoiła. W sumie przy wnoszeniu połamały się dwie szafki, ale żeśmy je następnie podkleili starą tapetą. Nie wspominam tutaj o pobitych butelkach, które wyślizgiwały się nam z rąk.


Meble zostały zamocowane do ścian za pomocą kleju oraz gwoździ wbijanych w co tylko się dało.
Dla pewności zamocowano także do mebli specjalne sznurki i druty, które następnie przywiązano do rur instalacji gazowej, żeby na wypadek odklejenia się szafek miały one na czym wisieć. Przy montowaniu szafek do ściany dzielącej kuchnię i WC okazało się, że przewierciliśmy się do kibelka i konieczne było zamontowanie specjalnych desek wspornikowych. Nie wygląda to może zbyt estetycznie, ale na pewno daje poczucie bezpieczeństwa. Niektóre szafki co prawda się nie zamykają, ale jak słusznie zauważył Paweł, nie ma potrzeby ich zamykania, skoro co chwilę się coś z nich wyciąga. Inne - na odwrót - wcale się nie otwierają, ale i tu słuszna uwaga, że nie mamy aż tylu garnków, żeby od razu wkładać je do wszystkich półek. Paweł zamontował nam nawet taką superszufladę, po wysunięciu której można pożyczyć garnki od sąsiadów. W sumie jesteśmy bardzo zadowoleni i spędzamy teraz w kuchni każdą wolną chwilę.

A na koniec to żeśmy tak się schlali przeokropnie, że Paweł ledwo wszedł do samochodu (pomagałem mu zapiąć pasy). Ja natomiast poszedłem oddać butelki.