Już wiem

 

Już wiem

   

 

Już chyba wiem dlaczego zawsze wybieram te obskurne żulernie, te nienapowietrzone piwopoje, te mordownie z gryzącym oczy dymem z tanich papierosów. Dlaczego lubię sobie tam siedzieć i obserwować ludzi wchodzących w jako takim stanie i wynoszonych, wyprowadzanych, wypełzających, bezwiednie wypadających, gdy okazuje się po raz kolejny, że głowa jednak nie wytrzymuje tego morderczego tempa, a wątroba już dawno rozpłynęła się jak sól w wodzie. To, co mnie pociąga w tych miejscach to ludzkie nieszczęście. W takiej skondensowanej, zabalsamowanej, zmumifikowanej postaci i takie żywe, wciąż aktualizujące się, rozgrywające się na przypadkowej scenie. Przyciągają mnie te nie gojące się rany na ludzkiej psychice, te wciąż na nowo przeżywane porażki, to całe gówno prawda, że człowiek musi być tylko szczęśliwy.

Idziesz do normalnego pubu, spotykasz tam na ogół tanich aktorów udających siebie sprzed kilku lat lub za kilka lat, wypindrzone panienki zakochane we własnym wyglądzie, lalkowatego barmana zgrywającego twardziela. Słowem cała ta plastikowość udziela się do tego stopnia, że czujesz ją w smaku piwa (skądinąd wytwarzanego z proszku, tabletek zalewanych wodą). Chemia leczy, chemia chroni, chemia ubiera – przypomina mi się takie hasło z czasów komunistycznych umieszczone na jednym z zakładów pracy. Teraz trzeba by jeszcze dodać – chemia uszczęśliwia i zabija (koniecznie jedno z drugim!). W każdym razie nadaremno szukać tam prawdziwych ludzkich nieszczęść, okazałych dramatów, otwartych ran. Co najwyżej możesz tam sobie obejrzeć powtórkę z jakiegoś serialu telewizyjnego, bo ci wszyscy ludzie mają już takie niepisane kontrakty, że powielają wszystkie zachowania aktorów telewizyjnych. Wszystkie te miny, gesty i słowa możesz zobaczyć w telewizji, może w nieco lepszym wydaniu. Jeśli już trafisz na nieszczęśnika możesz mieć niemal pewność, że rozterki, których doświadcza nie są jego rozterkami, a ból, który odczuwa jest bólem zapożyczonym, zakontraktowanym, odtwarzanym, powielanym w milionach darmowych kopii. Jest to ból Huanity, która w 1345 odcinku dowiaduje się, że jej kolejny, 127 chłopak właśnie ją zdradził z jej najlepszą przyjaciółką.

Ale wróćmy do wątku głównego. Co takiego szczególnego jest w tych tanioknajpianych nieszczęściarniach, żeby warto było w nich przebywać. Otóż to, że te nieszczęścia na ogół są autentyczne. Najczęściej też w sposób oczywisty zawinione. Bo te dla przykładu eksmisje, te wywalanie ludzi na zbity pysk z mieszkania na bruk, biorą się często stąd, że zamiast na mieszkanie płaciło się abonament w barze Kurczak. Że jakaś zmiana w mózgu, trwałe uszkodzenie płata czołowego odpowiedzialnego za kojarzenie faktów w ciągi przyczynowo-skutkowe, uniemożliwiają przewidywanie własnych tragedii. I te wciąż powtarzane niczym pijacka litania, pretensje o to, że prawo grawitacji nadal obowiązuje, że renty nie rosną w postępie geometrycznym, że państwo nie chce tulić drobnych pijaczków do swej piersi i wybaczać wszystko, i spłacać długi u Providenta (niech smaży się w piekle za to cyniczne żerowanie na ludzkiej głupocie).

Na jednego pijaka przypada kilka, kilkanaście osobistych tragedii, które razem tworzą taką presję, taki ciężar, że jego podźwignięcie nawet razem z kolegami ze stolika nie jest możliwe. I nawet gdyby wszyscy wypili po dziesięć browarów, i każdy wypaliłby po pięć papierosów, i gdyby wszyscy naraz tragedię chwycili, to nie udźwigną. Taka jest ciężka. Jedyne co pozostaje, to opowiadanie o nich, dzielenie się z nimi ze słuchaczami, często przypadkowymi, którzy od pijaka odganiają się jak od natrętnej muchy. Bo często brak niezbędnego uzębienia i upojenie dla dodania sobie odwagi uniemożliwiają jakąkolwiek komunikację werbalną. I pomyślałby kto, że ten przysłowiowy pijacki bełkot, ten słowotok słów makabrycznie powykrzywianych i zdeformowanych, ta pijacka modlitwa o posklejanie życia choćby tymczasowo, na chwilę, na próbę – że to wszystko może skrywać jakiś głębszy sens.

Tak zwane zdrowe społeczeństwo nauczyło nas „zdrowych” reakcji. Leży w parku na ławce, znaczy pijak. Pijacy to ci, którzy się stoczyli, bo nie umieli jak inni, żyć normalnie. Dzieci trzymaj z daleka od pijaka, bo uderzy, bo zarazi, bo zaśmierdzi, bo upadając bezwładnie przygniecie i zabije. Bo zwymiotuje w autobusie i ludzie zrobią to samo odruchowo. Bo będzie chciał papierosa albo parę złotych na wino. Bo niech się nimi zajmie opieka społeczna, Kościół i Ludzie Do Tego Powołani.

Ale za każdym razem jak widzę to ludzkie nieszczęście, to jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że stanowi ono rzeczywisty problem, widzę w nim jakieś przedziwne antidotum na tą nachalną szczęśliwość, na tę wszechogarniającą propagandę bezchorobowości, nieumieralności, bezstresowości, bezwrzodowości, bezwzdęciowości, bezbólowości, bezwysiłkowości. Bo to tak naprawdę człowieka stopniowo zabija. Najpierw znieczula, następnie zabija, a na końcu każe sobie dziękować i płacić. Dlaczego do k... nędzy w reklamach nie ma ludzi nieszczęśliwych? Dlaczego niepełnosprawnym, gejom, lesbijkom, kolorowym zapewnia się ustawowo prawo uczestnictwa w tym i owym, a ludziom nieszczęśliwym nie. Dlaczego nieszczęśliwym nie wolno głośno powiedzieć, że takimi są, bo zaraz ich zwolnią z roboty, bo wyślą do apteki, do lekarza, karzą się wziąć w garść.

Dziękuję barowi Kurczak w Cieszynie za te popieprzone myślenie.