Bratysława, czyli służbowo - na statek...

 

W dniu 5 września miał miejsce wyjazd naukowo-badawczy do Bratysławy. Poza mną jechało jeszcze 7 obecnych i byłych studentów. Pociąg przyjechał do Bratysławy z 10 minutowym opóźnieniem, co całkowicie pokrzyżowało nam plany złapania autobusu o 13:25 i musieliśmy czekać na autobus o 13:35. Tenże zawiózł nas do Hotelu Star, w którym wcześniej kilkakrotnie próbowałem zarezerwować nocleg, lecz nie otrzymywałem żadnego potwierdzenia. Po krótkiej szarpaninie z panem recepcjonistą, który w tym pożal się Panie Boże hotelu pełnił także obowiązki palacza, ochroniarza i sprzedawcy piwa w puszce, otrzymaliśmy klucze do pokojów. Pokoje sprawiały wrażenie jakby od czasu do czasu trzymano w nich jakieś duże zwierzęta, podłoga była wyłożona "gustownym" linoleum z czasów Gustava Husaka, zamiast normalnej lampy był neon i brakowało poszewek na poduszki. Plusem były w miarę nowe szafki, w których brakowało wieszaków. Okna były tak stare, że strach je było otwierać w obawie przed wypadnięciem całego okna wraz z ościeżnicami. Ubikacje i łazienki były wspólne dla wszystkich mieszkańców danego piętra. Nad ranem można było w nich spotkać dwóch niskich Hindusów, przysadzistego kierowcę ciężarówki w kreszowym dresie oraz jakieś dzieci z wycieczki. Okno mojego pokoju wychodziło wprost na parking, na którym o 5 rano kierowca w kreszowym dresie rozgrzewał przez 10 minut swoją ciężarówkę. To właśnie dzięki niemu udawało mi się nie zaspać i na czas stawić się w bibliotece.

Hotel Star w Bratysławie

 

Gdy reszta spędzała czas beztrosko, zwiedzając miasto i okolice, ja biegałem po instytutach badawczych, księgarniach oraz bibliotekach. Odwiedziłem następujące miejsca:

Inštitút pre verejné otázky

Slovenska Spoločnost pre Zahraničnu Politiku

Center for Legal Analyses Kalligram Foundation

Univerzitná knižnica v Bratislave

Ústredná knižnica Slovenskej akadémie vied

 

Wieczorem miały miejsce spotkania towarzysko-integracyjne. Uprawiano także sport w postaci gry w piłkarzyki. Towarzyszyły temu emocje duże, zbyt duże (narobiliśmy w barze trochę hałasu), i już następnego dnia obsługa lokalu nie sprzedała nam żetonów. W okolicznych mordowniach królowało piwo Topvar. Porządny obiad dwudaniowy z piwem to dla jednej osoby wydatek rzędu 10-15 PLN. Dla oszczędności (bilet za 1,8 PLN) część osób dochodziła do centrum na piechotę, co zabierało jakieś 1,5 godziny (ok. 8 km). Nadmienię, że osoby te były wyśmiewane i określane mianem tzw. skrudżów.

Żenujący spektakl z udziałem studentów UKSW. Mieli wrócić do hotelu o 22:00. Nie przyszli, a ja przez pół nocy ich szukałem po całym mieście. Szukała ich także policja, straż miejska oraz nocny oddział bratysławskiej drużyny skautowej. Specjalne plakaty rozwieszono w miejscowych kościołach. Po kilku godzinach poszukiwań znalazłem ich w barze, z którego za 1000 koron od głowy musiałem ich następnie wykupić. Pieniądze wręczyłem temu miłemu panu na zdjęciu (w środku). Następnie wszystkich doprowadziłem do hotelu i pozamykałem w pokojach od zewnątrz, wyciągnąwszy wcześniej klamki.

Dworzec główny w Bratysławie. Ponieważ lekkomyślnie roztrwoniono pieniądze na powrót do domu, przez cały piątek dworzec stanowił miejsce naprawdę żenujących zarówno w formie jak i treści występów lokalnych studentów UKSW. Śpiewali głośno jakieś nacjonalistyczne piosenki, zaś dziewczęta chwiejąc się na nogach po nieprzespanej nocy, udawały taniec. Na szczęście, jako opiekun grupy zostałem poinformowany o tym przez policję oraz dzienną brygadę skautów "Družba". Rozgoniłem zatem towarzystwo, zabrałem zarobione przez nich tym sposobem pieniądze i kupiłem bilet na najtańszy pociąg. Ile ja się przy tym wstydu najadłem...

A teraz trochę o mieszkańcach Bratysławy. To ludzie prości, uśmiechnięci i życzliwi. Zdecydowana większość, o ile nie pracuje w branży turystycznej, zatrudniona jest w rybołówstwie. Nad Dunajem pełno jest rybackich chatek, porozrzucanych bez ładu i składu sieci, łódek i plastikowych butelek po promocyjnym piwie. Kobiety cerują sieci, a mężczyźni odpoczywają wychwytując ostatnie promienie letniego słońca. Dzieci beztrosko biegają po brzegu i dręczą drobne zwierzątka, np. żaby. Co jakiś czas jakieś dziecko wpada w rwący nurt Dunaju, a wówczas wszyscy mężczyźni rzucają się za nim wpław, nawet ci nie potrafiący pływać. Kobiety zaś krzyczą z brzegu depcząc ledwo zacerowane sieci. Po kilku minutach odłowiony dzieciak leży już na leżaku, a mężczyźni kładą się na rozgrzanych kamieniach i suszą zmoczoną podczas akcji bieliznę. Kobiety opatrują zadrapania, a starsze dzieci idą do sklepu po piwo i prażoną kukurydzę. Po prostu bardzo sielska atmosfera.

W Bratysławie niemal na każdym kroku można nabyć cudowny w smaku napój produkowany z wysokiej klasy bażantów. Produkcja tego orzeźwiającego napoju wygląda mniej więcej tak, że celowo straszy się bażanta, by ten uciekając oddawał specjalną ciecz, na bazie której powstaje później, po dodaniu różnych ziół i zboża, ów napój. Bażanty hodowane w tym celu można poznać po tym, że u szyi mają zawieszone takie niewielkie zbiorniczki.

Gigantyczne puzzle. Ulubiona rozrywka Bratysławian.

Pełna niezapomnianych wrażeń gra w piłkarzyki. Po kilku grach rzekomo zabrakło barmanowi żetonów. Prawda była taka, że zachowywaliśmy się zdecydowanie za głośno. Zwłaszcza zaś ci, którzy przegrywali, a walka była zacięta. Do samego końca. Na zdjęciu widać od razu, kto jest najbardziej opanowany...

   

 


Na wycieczce często dochodziło do nieporozumień, konfliktów i awantur. Dodajmy, że nierzadko pod wpływem środków, które z założenia miały być uspokajające. Na szczęście zawsze byłem w pobliżu i na miarę swoich skromnych możliwości starałem się konflikty łagodzić. Niestety poza moimi plecami często dochodziło do bójek i szarpaniny. Miałem jednak wrażenie, że mimo to, wszyscy dobrze się bawili...

Taka tam sobie uliczka w centrum Bratysławy.

Widok na miasto.

Tak zwany niebieski kościółek. Nazwa wzięła się prawdopodobnie stąd, że kościółek nie jest ani czerwony, ani zielony, ani nawet żółty, a jest niebieski. Niesamowite. Na kościele i w środku jest mnóstwo napisów w języku węgierskim, co oczywiście wskazuje na historię tego miejsca i tego miasta. Poza tym panuje tam bardzo przyjemny chłód. Z pewnej perspektywy kościół przypomina do złudzenia latarnię morską. Przede wszystkim jednak jest niebieski i to najprawdopodobniej przyciąga turystów.

Wierzcie, nie wierzcie, ale połowa Bratysławy mieszka w takich właśnie budynkach. Na jednej takiej górce, w specjalnie wyżłobionych norach i pieczarach może mieszkać nawet do 30 tys. ludzi. Zawiązują oni specjalną komunę i żyją w szczęściu i względnym dostatku. Najważniejsi w grupie mieszkają najwyżej, najmniej utytułowani - u stóp góry, pełniąc jednoczenie funkcję żywego alarmu. Góra z dołem komunikuje się za pomocą rzucania drobnych kamyczków lub zużytych opakowań po napojach wyskokowych. Dół komunikuje się z górą przy okazji dostarczania pożywienia i napojów, które wnoszone są boso na sam szczyt. W środku góry mieszka tzw. średnia klasa. Nielubiana przez tych z dołu i tych z góry. Raz w roku, dla zabawy wszyscy zamieniają się miejscami, po czym dołowi siłą są usuwani na dół, gdyż zazwyczaj nie chcą dobrowolnie opuszczać góry. Ci z góry natomiast po powrocie biorą prysznic, wywołują zdjęcia i wysyłają znajomym jako obrazki z tzw. turystyki ekstremalnej.