Bajki dla niegrzecznych dzieci

 

A oto kilka bajek, opowiadań i innych takich sobie tam, co napisałem bez wyraźnego celu.

 

 

Dwa opowiadania o dwóch cieszyńskich barach piwnych

(opublikowane w "Głosie Ziemi Cieszyńskiej" hi hi hi)

 

* * *

 

Bar kurczak - zdjęcia i dźwięk !!!

 

* * *

 

Już wiem - z udźwiękowieniem (nie wiem po co)

 

* * *

 

Przed skupem butelek

 

 

* * *

 

prof. dr hab. Andrzej Wredniewicz

recenzja rozprawy doktorskiej mgr. R. Zenderowskiego
Problem reintegracji miast podzielonych granicą państwową

na przykładzie Cieszyna i Českého Těšína

 

Lektura rozprawy doktorskiej p. Zenderowskiego każe zadać sobie pytanie o to, jakim cudem udało się temu człowiekowi zdać maturę oraz obronić pracę magisterską. Wreszcie - czy w ogóle ukończył on szkołę podstawową. Okazuje się bowiem, że poza tytułem pracy doktorskiej, który brzmi jeszcze w miarę poważnie, cała reszta to jakieś pijackie wypociny, mnóstwo urywających się w połowie zdań, niedokończonych - z uwagi na ogólną trudność w poprawnym rozumowaniu - myśli.

 

We Wstępie zamiast rzetelnego wprowadzenia w problematykę reintegracji znajdujemy jakieś wspomnienia z dzieciństwa, fragmenty sprawozdań sportowych oraz kilka odręcznych rysunków, za pomocą których Autor starał się oddać swoje intencje. Ponadto strony numerowane są w odwrotnej kolejności, o czym jednak Zenderowski informuje Czytelnika, załączając zdjęcie swojego komputera i obwiniając go o to. Każda kolejna strona przysparza Czytelnikowi coraz większych cierpień.

 

Rozdział pt. Historyczne uwarunkowania podziału miasta Cieszyna, zawiera kserokopie jakiś pożółkłych widokówek z 1920 roku. Treść rozdziału każe natomiast podejrzewać, iż Autor nie czytał w swoim życiu nic poza etykietami na piwie i paragonami sklepowymi. Obserwację tę potwierdza Bibliografia, w której umieszcza on... kserokopię mapy miasta z 1958 roku, kserokopie odręcznych notatek poczynionych na serwetkach barowych i... nic więcej. W kolejnych rozdziałach natykamy się na opis choroby przebytej w trakcie pisania, zaś na marginesie Autor porusza problem czynników warunkujących proces reintegracji. Podobnie jak we Wstępie, zdania i wyrażane w nich myśli są tutaj porozrzucane po całym rozdziale bez ładu i składu, niczym oczka wodne na pustyni. Z grzeczności nie wspominam już o rozlicznych błędach ortograficznych i odręcznych poprawkach nanoszonych niepewną ręką fioletowym flamastrem. Poza tym w pracy brakuje kilku stron, widoczne są ślady po jakichś tłustych potrawach spożywanych w pobliżu lub nawet na samej pracy.

 

Rozdział trzeci zaczyna się w sumie dobrze, Autor jakby wytrzeźwiał i w przypływie logicznego myślenia sformułował kilka sensownie brzmiących zdań. Nie oznacza to jednak, że mają one jakąś naukową wartość, jednak w porównaniu z poprzednim bełkotem stanowią istną perełką – są to zdania rozpoczynające się wielką literą, zakończone kropką, z podmiotem, orzeczeniem i dopełnieniem (zob. s. 112-113). Jaskółka jednak wiosny nie czyni i to ludowe powiedzenie ma zastosowanie w tej pracy. Od strony 114 do 125 ma miejsce tylko... jedno zdanie, porozrywane, powykrzywiane i niedokończone. Istny bełkot. Strony te noszą ślady odciśnięte po kuflu od piwa.

 

W rozdziale czwartym – zgodnie z zapowiedzią ze Wstępu – powinna znajdować się analiza badań socjologicznych przeprowadzonych w Cieszynie i Czeskim Cieszynie, a tymczasem znajdujemy tutaj zapis luźnej rozmowy z jednym z mieszkańców Cieszyna, który na końcu oświadcza, że w mieście mieszka dopiero od wczoraj. Mieszkaniec opowiada tutaj o swoich zawodach miłosnych, o pracy na kopalni i o rodzinnych stronach, od których uciekł w obawie przed bezrobociem. Dla uwiarygodnienia zapisu tej rozmowy, Zenderowski pociął taśmę magnetofonową i poprzyklejał na stronie.

 

W Zakończeniu autor stara się zebrać myśli, sformułować jakiś choćby ogólny wniosek. Poszczególne zdania pisane są trzykrotnie po rząd. Całość kończy się zabawnym stwierdzeniem: „ileż mnie ta praca nerwów i pieniędzy kosztowała” oraz „mam wrarzenie że moia praca uruchomi kiedyś jakąś refleksję naukową nad problemem przezemnieporuszonym” (zachowano oryginalną pisownię).

 

Jeżeli chodzi o stronę techniczną, na uwagę zasługuje fakt, iż o ile jeszcze we Wstępie, licząc na swoje wielkie możliwości i potencjał naukowy Autor używa czcionki nr 12, to w Zakończeniu stosuje już czcionkę nr 42, co sprawia, że na jednej stronie mieści się tylko jedno zdanie. Poza tym praca oprawiona jest w skórę, z której sterczą jeszcze fragmenty świńskiego włosia. Numeracja stron jest równie przypadkowa jak wyniki totolotka. Aneks zawiera podstawki i etykiety piwne oraz jakieś niezrealizowane recepty na leki psychotropowe.

 

Reasumując, rozprawa doktorska p. mgra Radosława Zenderowskiego wskazuje na duży potencjał intelektualny autora i spełnia wszelkie wymogi przewidziane ustawą, co pozwala postawić wniosek o jej przyjęcie.

 

* * *

 

Czas edukacji, część pierwsza i ostatnia

Trzymam w domu coś, czego nawet nie jestem w stanie nazwać. Kupiony gdzieś w Czechach, w jakimś niewielkim sklepie zoologicznym sąsiadującym ze sklepem mięsnym i budką ze zdrową żywnością. Na pierwszy rzut oka wydaje się być szczurem, a jednak jak się okazuje, nim nie jest. Nie jest też żadnym innym zwierzęciem z wielkiej księgi zwierząt z podrozdziału gryzonie. Nie ma takiego zwierzęcia i już. Nie ma go nawet w wykazie gatunków wyginionych, już nieistniejących.

 

Osman – bo tak go nazwano – liczy sobie jakieś 20 cm długości, ma brązowo-szare futerko, pomarańczowe ząbki. Tydzień temu przemówił. W tym dniu wyjątkowo nic nie piłem i wydawało mi się to konsekwencją przywidzeń, jakie zazwyczaj miewa organizm pozbawiony czegoś, do czego jest nałogowo przyzwyczajony. Jednak sytuacja ta powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie i to w obecności osób trzecich.

 

Klatka Osmana znajduje się tuż pod telewizorem i wieżą. Stąd ma też ułatwiony dostęp do najświeższych wiadomości. Tym chyba należy tłumaczyć fakt, iż w zeszłą niedzielę przemówił domagając się skierowania go do szkoły, po wykształcenie. Nie tylko ja próbowałem mu to z głowy wybić. Ale uparł się i już. Zamarzył sobie, że będzie studiował prawo.

 

Po kilku tygodniach poddałem się. Ale jak tu skierować nie tyle nawet szczura, bo gdyby to był szczur można by spokojnie udać się do odpowiedniego dziekana, postawić na biurku określoną ilość płynu i (najlepiej, gdyby udało się wcześniej nieco cieczy z flaszki upuścić) przedstawić sprawę. Ale tutaj problem rysuje się inaczej, gdyż trudno nawet prosić dziekana o przyjęcie na studia czegoś, czego nazwy nawet się nie zna. Niemożność udzielenia odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytanie o pochodzenie musi paraliżować i odwodzić od tego pomysłu.

 

W sumie można by zapisać go do szkoły prywatnej. Tam nikt nie będzie pytał, co to za gatunek, czy nie pogryzie w czasie wykładów innych studentów, czy posiada już jakieś wykształcenie. Kluczowa wydaje się być tutaj kwestia finansowa. Niestety ani ja, ani Osman nie śmierdzimy groszem. Trzeba by więc Osmana gdzieś zatrudnić, ale tutaj również pojawią się problemy. Bo czy on ma jakieś wykształcenie, albo chociaż doświadczenie, czy jest ambitny, zorientowany na osiąganie sukcesu, dyspozycyjny? Dwie pierwsze sprawy zupełnie odpadają. Ambitny raczej też nie jest, tym bardziej nie wie nic o sukcesie, zaś jego dyspozycyjność sprowadza się do zera. Zawsze jest czymś zajęty i nie ma mowy, żeby go od tego odciągnąć.

 

Sprawa wydaje się zatem przesądzona. Osman magistrem prawa nie zostanie i koniec.

 

Było to chyba jakiejś niedzieli. Tak, zdaje się nawet, że dokładnie w rocznicę, gdy Osman odezwał się po raz pierwszy. Zaraz po głównym wydaniu wiadomości, tych po wieczorynce, puszczano jakiś serial o zagrożonych gatunkach na naszej planecie. Pokazywali takie cudaczne stwory, że normalny człowiek gotów był przysiąc, że coś takiego nigdy nie istniało, bo i taka niesamowita kombinacja odnóży i innych członków jest nie do pomyślenia. A tu nagle pod koniec serialu, jakiś ubrany na czarno ekspert od zoologii pokazuje zdjęcie Osmana, mówiąc, że ostatni przedstawiciel tego gatunku zaginął w zeszłym roku w Czechach. Ponoć wypadł z samolotu, którym przewożone były jakieś tajne papiery z Ugandy do Finlandii wraz z kilkoma skrzynkami południowoafrykańskiego piwa. Piwo i papiery już znaleźli, a Osmana cały czas szukają i nie mogą znaleźć. Podobno też w okolicy, gdzie Osman spadł unoszony małym spadochronem na ziemię, właśnie przejeżdżał pociąg specjalny wiozący harcerzy na badania wzroku ze Słowacji do Przerowa na Morawie. Maszynista i konduktor chcą się dać pokroić, żeby udowodnić, że widzieli Osmana, mimo, iż tego dnia byli kompletnie pijani, a pociąg był prowadzony przez harcerzy orientujących się według gwiazd i mchu na drzewach.

 

Ekspert powiedział, że to zwierzę transgeniczne i nie ma co się oszukiwać, ale może nagle wykazać cechy i właściwości niebezpieczne dla życia człowieka. Wzmocniłem zatem klatkę metalowymi prętami i od tej pory przestałem brać zwierzę na ręce, co miałem w częstym zwyczaju.

 

* * *

 

Skierowanie do akademika 

Dostaliśmy kilka miesięcy temu skierowanie do nowo wybudowanego akademika, który – jak nam powiedziano – „spełnia wszystkie standardy wygodnego życia”. Rzeczywiście z zewnątrz prezentował się okazale, wewnątrz trwały jednak jeszcze roboty wykończeniowe, które miały się rychło zakończyć, po czym nastąpić miało oficjalne otwarcie.

 

Wprowadziliśmy się do pokoju na pierwszym piętrze, w którym czasowo przebywali robotnicy zajmujący się elektryką i kanalizacją. Powiedziano nam, że będziemy zmuszeni pomieszkać kilka dni razem do czasu, gdy nie skończą oni swoich prac. Wydało nam się to co najmniej dziwne, ale – po krótkim zastanowieniu – zgodziliśmy się. Pani kierownik pomogła nam podjąć decyzję, stwierdzając stanowczo, iż „na to miejsce jest naprawdę wielu chętnych, którym taki układ wcale by nie przeszkadzał”.  No trudno.

 

Już pierwszej nocy zaczęły się niesnaski. Nie dość, że robotnicy w ogóle się nie myli, jedli samą słoninę i pili wódkę, to do tego zaczęli się dobierać do mojej żony. Następnego dnia poszedłem na skargę do pani kierownik, która stwierdziła tylko, że nie jest to pierwsza tego typu skarga, i że ma już dosyć upominania robotników, których „i tak się już nie zmieni”.

 

Po południu zamierzałem wziąć kąpiel, gdy ze zdziwieniem zauważyłem, iż w miejscu prysznica zainstalowano jakiś dziwne laboratorium. Tak oto zamiast miejsca do kąpieli mieliśmy mini-gorzelnię. Pani kierownik odparła, iż „przecież alkohol jest teraz tak nieludzko drogi, że wielu nie stać na niego”. Wróciłem znowu z kwitkiem.

 

Postanowiłem działać. W tym celu udałem się do sąsiedniego akademika, gdzie – jak się dowiedziałem – poradzono już sobie z kwestią robotniczą. Dowiedziałem się, jak szybko pozbyć się natrętnych gości. Dolałem do bimbru trochę rtęci uzyskanej z zaokiennego termometru. Kilka godzin potem miło było popatrzeć, jak chłopaki stygną. Pani kierownik powiedziała, iż „sami będziemy teraz zakładali sieć kanalizacyjną”, co – nie wiedzieć czemu – wcale mnie nie przeraziło.

 

 

* * *

 

Pociągi

 

Pociągi, zwłaszcza te dalekobieżne, stanowią miejsce szczególnego rodzaju kontaktów społecznych. Obserwujemy oto przejawy wylewnego bratania się (najczęściej towarzyszy temu wspólne spożywanie alkoholu) lub też otwartej wrogości i złośliwości. Najczęściej jednak podróżny woli pozostać anonimowy i ani nie bratać się z nikim, ani też nie naprzykrzać się swoimi krytycznymi uwagami. Każdy jednak w podróży przyjmuje pewną pozę, właściwie można powiedzieć, że nie ma osób ot po prostu podróżujących i nie wiążących z tym faktem żadnych szczególnych znaczeń. Nawet najbardziej niepozorny pociąg staje się wówczas swoistym teatrem, w którym pasażerowie odgrywają – lepiej lub gorzej – właściwe sobie role.

 

Pokonywanie przestrzeni samo w sobie jest wielkim wydarzeniem i ci, którzy wydają się być tym faktem niewzruszeni, oszukują sami siebie i wszystkich współpodróżnych. Ubierają maskę „starego kolejowego wyjadacza”, rutyniarza, obojętniarza. Każda podróż ma swój początek i koniec, moment zajmowania miejsca i lustrowania współpasażerów, i moment przygotowywania się do wyjścia, potykania się o czyjeś nogi, zahaczania o jakieś bagaże, wypytywania o stację. Każda podróż ma swój szczególny moment znużenia, w którym czas zaczyna się ciągnąć w nieskończoność oraz moment przesilenia, po którym czas niczym rozciągnięta sprężyna wraca do pierwotnego położenia. W każdej podróży jest moment zadziwienia cudzym ubiorem, rodzajem czytanej właśnie lektury czy też czystością i przyjemnym zapachem kolejowej toalety. W podróży jesteśmy inni, czasem bardziej otwarci – czasem bardziej zamknięci, czasem bardziej zrelaksowani – czasem bardziej spięci. Tym samym podróż tworzy swoisty rodzaj przedstawienia, w którym podróżny jest „twórcą i tworzywem”.

 

Także kolejarze – maszyniści, konduktorzy, extrarewizorzy, stukacze ciężkimi przedmiotami po kołach pociągu, stewardesy, a nawet – zaliczmy ich bardzo proszę do tej klasy – nielegalni sprzedawcy alkoholu na przedostatniej stacji – oni wszyscy też biorą udział w przedstawieniu, angażują w nie nieraz całe serce i umysł. Wszyscy na czas przejazdu tworzymy jedną z najbardziej zadziwiających trup teatralnych na świecie! Jesteśmy czymś w rodzaju samopomocy artystycznej – każdy gra przed każdym swoje prywatne przedstawienie. Nikt nie pozostanie wizualnie niezaspokojony po kilkugodzinnej podróży pociągiem. Przyczyna tych często oryginalnych i kuriozalnych zachowań jest zasadniczo jedna. Człowiek mimo upływu czasu po dziś dzień odczuwa jednocześnie niepokój i podniecenie związane z przemieszczaniem się szybszym niż umożliwiają mu to jego własne nogi. Żaden inny ssak tego jeszcze nie wymyślił!

 

Kim są podróżni jako jednostki społeczne? W jakim celu udają się w podróż? Odpowiedź na to pytanie jest tak złożona, jak zróżnicowane jest nasze społeczeństwo. No bo kto nie jeździ koleją? W zasadzie tylko zawzięci przeciwnicy pociągów, kultywujący XIX wieczne przekonanie, że lokomotywa to dyszący ogniem i gorącą parą diabelski wynalazek. Ich przodkowie obrzucali pociągi kamieniami w geście sprzeciwu wobec szatana, niejako w religijnym uniesieniu. Współcześnie też zdarzają się takie napaści, tyle, że motywacja religijna zdecydowanie tutaj odpada. Pozostaje jedynie ślepe pragnienie fizycznego wyżycia się na czymś silniejszym, co nie jest w stanie kamienia odrzucić w przeciwnym kierunku. Czy jedni są „lepsi” od drugich. Raczej nie, ale chyba bardziej barbarzyńscy, mimo wszystko. Koleją nie podróżują jeszcze bojący się napadów, oglądający odpowiednie programy na ten temat w telewizorze i chowający się po nich pod stół z przerażenia. Opowiadający wszystkim znajomym później jak to niebezpiecznie jest w pociągach. A ostatnią podróż w swoim życiu odbyli w 1974 roku wracając z wojska do domu. Sami zresztą byli wówczas zagrożeniem dla innych. Zasadniczo jednak kolej jest jak matka, która wszystkich spragnionych podróży przygarnia do siebie, daje ulgi i inne bonusy, wskazuje miejsce dla ciężarnej kobiety w specjalnym przedziale, z którego wyrzuca pijanych robotników, przeprasza za nawet kilkuminutowe spóźnienia. Bez kolei nasze życie byłoby dramatycznie puste. Skazani bylibyśmy na egoistyczne samo-przejażdżki samochodem, przejazdy autobusami z nieczynnymi ubikacjami i związany z tym stres, którego nikt w Polsce nie zamierza leczyć, bo jakiś taki on niepoważny. Latalibyśmy samolotami, które nie mogą wylądować, jak zbyt silno wieje, i w których wszyscy są tacy spięci, że histeria wydaje się być wówczas przedmiotem, który można dotknąć. Bez kolei nasze życie byłoby beznadziejne. Nasze kontakty ograniczałyby się często do rozmów telefonicznych, przez które i tak już wiele osób popadło w rozmaite uzależnienia. Przecież nie wybieralibyśmy się w pieszą podróż do miast oddalonego o 400 km. Nie będzie już powrotu do wędrówek ludów w Europie. A szkoda. Nie miejmy w tym względzie żadnych złudzeń.

 

Ale trochę od tematu odbiegliśmy. Przyjrzyjmy się zatem poszczególnym kategoriom pasażerów i odgrywanym przez nich rolom. Zróżnicowanie krajobrazu społecznego jest tutaj imponujące! Po kolei postaram się opisać konkretne przypadki i bardzo proszę osoby, których będą one dotyczyły o nieobrażanie się i nie wysyłanie do redakcji listów protestacyjnych zaczynających się od słów „czuję się osobiście urażona(y)...” i kończących się małym szantażykiem pt. „w przeciwnym wypadku będę zmuszona(y) do rezygnacji z Państwa usług”. Uff, jak to koszmarnie brzmi. Proszę się nie obruszać, tylko napisać coś konstruktywnego, co przeczyłoby zaprezentowanym przeze mnie punktom widzenia. Tylko wówczas może narodzić się całkowicie nowy rodzaj literatury: „polemikaż podróżny”. Dajmy mu szansę i nie piszmy zurzędniczałych pism, bo i tak ich nikt nie czyta, a jak czyta, to nie bierze poważnie.

 

Sprzedawcy alkoholu bez koncesji w pociągu podczas postoju. W rzeczy samej, nie są oni podróżnymi sensu stricto, lub w ogóle nie da się ich do tej kategorii zaliczyć. Oni tylko zjawiają się na krótko w pociągu, działają pod presją czasu, wypowiadają magiczne zaklęcia mające zmusić pasażerów do dokonania odpowiedniego zakupu, często szybko uciekają. To biedni ludzie, którym nikt nie okazuje współczucia. Są, niestety słusznie przeganiani, niesłusznie znieważani. W swej prywatnej walce z bezrobociem są dla mnie jacyś tacy heroiczni, niepasywni, przedsiębiorczy. Największym ich wrogiem jest Wars i jego agenci. Mamy tutaj bowiem do czynienia z nielegalną konkurencją. Cały dramat tej sytuacji polega na tym, że współczuć należy i nielagalnym sprzedawcom walczącym często o przetrwanie, a przede wszystkim z beznadzieją bezrobocia, i kolei, której troską jest komfort podróży. Czasem sprzedawcy alkoholu trudnią się równolegle zbieractwem puszek. Weekendowe pociągi są ich pełne. I tutaj znowu mamy smutny temat. Z jednej strony zadowoleni z życia lekko podchmieleni pasażerowie, z drugiej wystraszeni i zziębnięci zbieracze, którzy za jedną puszkę dostaną w skupie 2 lub 3 grosze. Jak ktoś chce zobaczyć jak w praktyce wyglądają społeczne przepaści, zapraszam na przedostatnią stację pociągu IC, najlepiej w weekend. Tylko proszę się ze wzruszenia nie popłakać.

 

Kierownik pociągu zapowiadający szczegóły podróży. W zasadzie można się dziwić i nieco irytować faktem, że do tej pory – mimo wieloletniej tradycji pociągów Ex i IC w naszym kraju – nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby komunikaty podróżne wygłaszały maszyny zamiast kierownika pociągu biegającego ze słuchawką na koniec wagonu. Początkowo byłem za umaszynowieniem, ale obecnie jestem jej najzagorzalszym przeciwnikiem. Dlaczego? Ponieważ tym sposobem unicestwilibyśmy swoisty folklor, unikatowe dobro kultury. Każda zapowiedź ma bowiem indywidualny charakter. Momentami komiczny, czasami dramatyczny. Komunikaty bywają dłuższe a la Fidel Castro, stanowiące swoiste przemówienia, oraz krótsze – ograniczone jedynie do tzw. suchych faktów. Jedne wypowiadane są z ojcowską troskliwością, inne jakby od niechcenia, z obowiązku, tak jak rzucało się klientowi na ladę wołowe z kością w stanie wojennym. Są głosy męskie i głosy żeńskie (swoją drogą bardzo efektywne byłyby zapowiedzi dualne – męsko-damskie, naprawdę). Zapowiedzi są standardowe, oznajmiające, że „zbliżamy się do stacji X” i że „przypominamy podróżnym o zabraniu bagażu” oraz extraordynaryjne, gdy np. pociąg musi pojechać inną drogą, bo zbieracze złomu ukradli miedziane druty, albo drzewo zawaliło się na tory, albo ktoś urządził sobie na torach ognisko i spotkanie z przyjaciółmi w ramach jakiejś akcji protestacyjnej przeciwko jeżdżeniu pociągów i dojeżdżaniu ludzi do pracy i z pracy. Sytuacje nadzwyczajne stanowią dla kierownika duże wyzwanie. Jak przekazać pasażerom daną nieprzyjemną informację? Głos często drży, słowa nie układają się w żaden logiczny ciąg znaczeniowy, zdania urywają się w połowie. Z drugiej strony – zdarzają się sytuacje, w których kierownicy nagle z dużym powodzeniem odkrywają w sobie zdolności przywódcze i zarządzają roztargnionym tłumem pasażerów jak – przepraszam za porównanie – kura swoimi pisklętami. Zdecydowanie i troskliwie. Prawdziwe wyzwania czynią bohaterów! Szkoda, że w powszechnym odczuciu bezimiennych. Jeszcze jedna dobra rada dla PKP – niech kierownicy przedstawiają się z imienia i nazwiska. To sprawia, że pasażerowie czują się bardziej bezpiecznie i komfortowo.

 

Zamykacze i otwieracze okien. Podróżnych można podzielić na dwie wrogie sobie grupy: zamykaczy i otwieraczy okien. Ich szanse są w boju wyrównane, gdyż ich liczebność jest jak się wydaje porównywalna. Pretekstem do walk między obydwiema grupami jest zawsze niewłaściwa temperatura w pociągu lub w przedziale. A jest ona prawie zawsze niesatysfakcjonująca. Zaczyna się zazwyczaj niewinnie od lekkiego uchylenia okna celem zapewnienia dostępu świeżego powietrza. Następnie najczęściej z drugiej strony pada argument o możliwości przeziębienia lub czyjejś chorobie połączony zazwyczaj z demonstracyjnym nakrywaniem się wszelką odzieżą jaką ma się właśnie pod ręką. Obydwaj podróżni poczynają wówczas wzrokiem poszukiwać stronników, którzy mogli by udzielić im swego poparcia. Jeśli w konsekwencji następuje zamknięcie okna, wówczas strona inicjująca jego wcześniejsze otwarcie demonstracyjnie rozbiera się. Ta zaś, która wolała okna pozamykane raczej nic z siebie nie zrzuca, gdyż z zasady zawsze jest jej zimno i wietrzno. Sytuacja pogarsza się wówczas z minuty na minutę, gdyż brak dopływu tlenu do mózgu wyzwala reakcje dalekie od racjonalności. Kompromisowym rozwiązaniem wydaje się w takiej sytuacji tylko lekkie przymknięcie okna lub otwarcie drzwi na korytarz.

 

 

* * *

 

Syndrom godziny 17:45.

 

Proszę spróbować wejść w Cieszynie do sklepu zamykanego o 18:00 na kwadrans przed tą godziną. Proszę wykazać jeszcze większą odwagę i zainteresować się jego ofertą. Każdy Wasz ruch, każde pytanie stanie się źródłem prawdziwych cierpień Sprzedawcy. Okaże to spojrzeniem, mową ciała wypychającą klienta ze sklepu. Próg sklepu stanie się oto szańcem, barykadą, granicą, zasiekiem, siekierą wymierzoną wprost w serce. Jeśli już ją przekroczycie, Sprzedawca zacznie ostentacyjnie przeliczać pieniądze, wkładać klucz do zamka, gasić światło w tylnej części sklepu. Chrząknięcie to już zbyt duży nietakt. Więc jeszcze raz przeliczamy pieniądze z kasy, sprawdzamy czy klucz sprawnie przekręca się w zamku i kontynuujemy wygaszanie świateł. I ten właśnie klucz chrząka za nas, metalicznym odgłosem wyprasza nas ze sklepu. A światło pokazuje kierunek, w którym powinniśmy się udać. Reżyserem jest sprzedawca, ten mały, wątły człowieczek nagle staje się dyrygentem tej przedziwnej orkiestry żarówki i klucza. Rzeczy, o które pyta klient oczywiście nie ma i do 18:00 na 100% nie będzie. W ogóle nie będzie ich nigdy między 17:45 a 18:00, kiedy mamy pokaz światło-dźwięk, gasnący neon i chrobot klucza w drzwiach. Nigdy, przenigdy nic nie sprzedamy w tym czasie – oto nasza dewiza i punkt honoru. Może jutro, tak, proszę przyjść jutro, byle nie o 17:45, bo wtedy w organizmie zachodzi taka niezwykła reakcja chemiczna, która zmienia uprzejmego sprzedawcę w Młota na Klienta. Prawie jak w powieści o dr Jekyll’u i Mr Hyde. Jeśli to nie skutkuje, wykonujemy telefon do przyjaciela. „No właśnie zamykam, już wychodzę, zaraz będę”. Chciałoby się powiedzieć – „już zamykamy”, ale na wolnym rynku takie zachowanie nie uchodzi. Minimum pozorów musi być zachowane. W ogóle w tym czasie jakby samorzutnie zawiązywała się jakaś taka niepisana międzysklepówka. Wszystkie te panie sprzedające (panów jest zdecydowanie mniej), jakby miały coś ważnego do zrobienia w swoim życiu już punkt o 18:00. Ani minuty później. O 18:01 te napięcie znika i mogłyby sprzedawać dalej do rana. Tak, jakby od wyjścia ze sklepu o tej godzinie zależało ich zbawienie, albo przynajmniej doczesne szczęście. I naprawdę nie warto temu szczęściu na drodze stawać. No bo ostatecznie ten sklep jest otwarty od powiedzmy 10:00, więc i tak jest sporo czasu żeby do niego zajrzeć.

 

Ale nie. Są tacy, którzy jakby celowali w tę godzinę. Perfidni, złośliwi, aroganccy. Czerpiący satysfakcję z cudzego nieszczęścia. Ostentacyjnie przechadzający się po sklepie i nie wyczuwający znaków w postaci gasnącego światła i chroboczącego klucza. Ślepi i głusi konsumenci cudzego nieszczęścia i spóźnienia na umówioną 18:00. Co ich o tej godzinie przywiodło? Brak ciepła domowego, prawdziwych problemów, wrodzona złośliwość, a może co gorsza – chęć dokonania jakiegoś zakupu. Każdy klient powinien mieć na ręce zegarek, który go gryzie gdy nadchodzi 17:45 i nie przestaje gryźć dopóki nie odrzuci od siebie myśli, żeby wejść do sklepu. Zegarek z zębami. I taki klient to prawdziwy wróg. Bo czy widuje się go w tzw. „czasie dnia”. Nie. On nie przychodzi jak inni. On przychodzi jak on, zawsze ten sam. Rozglądający się bez sensu, nie wiedzący do końca, co chce kupić, niezadowolony i niedowierzający sprzedawcy. „A czy aby na pewno nie wejdę w ten rozmiar”. Nie, bo jest pan zwyczajnie za gruby, ma pan zwały tłuszczowe uniemożliwiające sprawne poruszanie się – i tego znowu nie można Sprzedawcy powiedzieć, choć to prawda. Albo, że jest chudy jak ta szczelina w sklepie, przez którą wlazł do niego o 17:45. Nie wolno mówić takich rzeczy wprost. Niestety.

 

A na koniec apel: zamykajmy sklepy o 17:45. Wywieśmy ogłoszenie, że o 17:45 następuje szykowanie się pań na wyjście do miasta, gdzie zaznają rozkoszy po ciężkiej pracy. Że w turbosolariach każda minuta jest policzona. Że dla narzeczonego każda minuta spóźnienia oznacza zdradę, skok na bok. Że po prostu 18:00 jest 18:00 i ani minuty później. Że do, kurki nędzy, od czasu zamknięcia sklepów w Cieszynie ustawia się zegarki na całym świecie. W Pekinie, Londynie, Nowym Jorku i Addis Abebie. I to jest argument, być może rozstrzygający. (Agnieszka Lesiak)

 

 

Strona główna