Z archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Moja żona

 

Podziękować dyrektorowi wojewódzkiego oddziału IPN w Rzeszowie za udostępnienie unikatowych zdjęć mojej żony oraz pozwolenie na ich publikację w środkach masowego przekazu. Zabraniam kopiowania, oglądania dłużej niż 20 minut bez uzasadnionej przyczyny, a przede wszystkim wprowadzania do obrotu handlowego zarówno tekstu jak i zdjęć niżej umieszczonych. Zabraniam umieszczania wizerunku mojej żony w spotach reklamowych oraz rozsyłania go wraz ze złośliwymi komentarzami do osób trzecich. Przedstawione niżej zdjęcia są odzwierciedleniem skomplikowanych stosunków społecznych minionej epoki i tak też powinny być traktowane. Najbardziej drastyczne sceny zostały wykadrowane.

 

Zdjęcie zrobione w czasie tzw. strajku szkolnego w miejscowości Radymno na granicy polsko-ukraińskiej. Dzieci ułożyły się warstwami i zablokowały wejście do szkoły uniemożliwiając zajęcie budynku przez komornika. Stały tak przez kilka dni aż do uzyskania zapewnienia ze strony władz, że szkoła nie zostanie zlikwidowana i że dzieci będą mogły nadal udawać, że się uczą. Dziewczynki występujące na planie pierwszym, podpierające się łokciami zostały przewiezione na oddział ortopedyczny, cała reszta, zwłaszcza z pierwszego rzędu, z podejrzeniem ucisku miednicy została wypuszczona po badaniach profilaktycznych. Warto zwrócić uwagę na chłopczyka z trzeciego rzędu, który przez cały czas, z racji słabych kości, podtrzymywany był przez swojego kolegę. Moja żona występuje w rzędzie pierwszym, pierwsza od prawej. Ręce klasycznie ułożone na kolanach, delikatny, wymuszony przez fotografa uśmiech pozwalają sądzić, iż było to dziecko grzeczne, nie występujące już w przyrodzie.

 

 

Zdjęcia zrobione w czasie jakichś dożynek (niestety nie udało się ustalić, kogo wtedy dorżnięto). Za stołem prezydialnym miejscowy aktyw robotniczo-chłopski, de facto 3/4 miejscowości, w której mieszkała moja mała żona. Zadanie mojej żony polegało na tym, ażeby oddać partii ostatni bochen chleba, który ostał się w domu. W zamian rodzina miała uniknąć represji politycznych. Dziecko jednak w ostatniej chwili reflektuje się i zamierza zachować chleb dla rodziny. Za stołem rozpętuje się istna histeria, słychać groźby i złorzeczenia (uśmiechy na twarzach nie powinny tutaj zmylić uważnego obserwatora). Chleb został jednak ostatecznie przekazany klasie pracującej. Że też dzieci mieszano wówczas do polityki...

 

Klasa z czasów wyżu demograficznego, w cztery lata po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Dzieci full wypasione na ziemniakach, fasoli, chlebie ze smalcem i kapuście. Niejedno z nich marzyło wówczas o prezencie w postaci niezapomnianej czekolady czekoladopodobnej i oranżady w woreczkach ze słomką. Spożywanie na żywca cukru waniliowego w tamtych czasach to była normalka. Moja żona siedzi w drugim, najbliższym rzędzie (po prawej stronie). Dla orientacji dodam, że należy zwrócić uwagę na odstające uszka, dzięki którym dziecko wszystko lepiej słyszało, ale też często zahaczało o futryny. Proszę zauważyć, że w odróżnieniu od innych dzieci z ostentacyjnie wywalonymi na biurko tzw. przyborami szkolnymi, moja żona nie miała nic. Wszystko zapisywała od razu w głowie lub na lewej ręce. Koleś z pierwszego rzędu właśnie połknął piłeczkę ping-pongową, a koleżanka z trzeciego rzędu zemdlała zaraz po zrobieniu zdjęcia.

 

Zdjęcia z wycieczki szkolnej do Starego Młyna. W zasadzie nie ma tu co komentować, zwłaszcza, że nie jestem do końca pewien, czy na zdjęciu jest moja żona, a jeśli tak, to w którym miejscu. Piękna pogoda, sielsko-anielsko. Kolorowe zdjęcie zapowiada świt nowych, kapitalistycznych czasów.